Rozdział sześćdziesiąty trzeci

Trudna rozmowa, Kcalb, ród Glaciusów i naj-brat
Dopiero, gdy wysiedli z taksówki, wzięli kufer i stanęli przed drzwiami, Gabrielle zaczęła się denerwować nadchodzącą rozmową z rodzicami. Na pewno będą źli na nią i na George’a za to, że o takich rzeczach dowiadują się od Ministerstwa Magii, a nie od własnych dzieci.
- Nie ma ich w domu. – powiedział George, wchodząc z kufrem na górę.
Gaby odetchnęła ciężko i opadła na kanapę w salonie. Po chwili za sobą na schodach usłyszała szybkie kroki i obok niej usiadł jej brat.
- Nie będzie tak strasznie. – rzekł chłopak, jakby czytając w jej myślach. – Jasne, będą wkurzeni, ale jesteśmy ich dziećmi, więc będą zmuszeni nam wybaczyć.
- No tak, ale co nam nagadają o środkach bezpieczeństwa i w ogóle, to ich. – mruknęła posępnie dziewczyna.
- Tu się zgodzę. – potwierdził George. – Ale to nie będzie długo trwać, zobaczysz.
- Mam taką nadzieję. – Po czym po chwili ciszy dodała. – Wiesz co… chyba pójdę na górę pouczyć się jakiś zaklęć, bo jak tu siedzę, to…
- Okej, rozumiem. – powiedział. – A ja w tym czasie poszukam Luke’a, bo mam list do wysłania.
I oboje wstali z kanapy. Gabrielle szybko wbiegła na górę, weszła do pokoju i zamknęła drzwi.
Wzięła swój kufer i zaczęła w nim szperać. Wyjęła z niego miotłę, którą od razu postawiła obok szafy. Wygramoliła album ze zdjęciami, który dostała w zeszłym roku od Hagrida i położyła go na biurku razem z różdżką, którą także udało jej się znaleźć. Wyciągnęła też swoją szatę i powiesiła ją na drzwiach szafy, a po chwili wydobyła również magiczne plakaty.
- O rany! – szepnęła. – Kompletnie o nich zapomniałam.
Dostała je od Rona, jeszcze przed wyjazdem. On sam nie miał co z nimi zrobić (jego ściany już były całe pozaklejane), więc oddał je Gabrrielle.
Kilka z plakatów było z wizerunkiem jednego z najlepszych szukających na świecie – Wiktora Kruma. Parę było z drużyną Armat Chudleya, której razem z Ronem kibicowali, a reszta była z narodową drużyną Irlandii. Gaby kibicowała Irlandii odkąd pamięta. Uważała, że to wspaniała drużyna, a poza tym jej rodzina wywodziła się właśnie z Irlandii.
Na szczęście przyklejanie plakatów nie wymagało używania zaklęć. Tak na prawdę, wystarczyło je tylko przyłożyć do ściany, w miejscu, gdzie chcesz, żeby wisiały i od razu w to miejsce się przyklejały. Po chwili więc Gabrielle miała całą ścianę przy łóżku zaklejoną plakatami.
Po (jak stwierdziła) „dobrze wykonanej robocie”, wzięła z półki na książki duży wolumin, którego tytuł brzmiał: „Zbiór zaklęć gospodarczych” . Otworzyła go na pierwszej-lepszej stronie i zaczęła czytać.
*
Po jakiejś godzinie (choć uważała, że minęła zaledwie chwila), dziewczyna usłyszała charakterystyczny trzask, oznajmiający aportację. To mogło oznaczać tylko jedno – jej rodzice wrócili do domu.
Gaby rzuciła książkę na łóżko, potarła zmarznięte ręce, wzięła trzy głębokie wdechy i zeszła na dół.
Gdy znalazła się już na salonie, zastała swojego ojca, siedzącego w fotelu. Zaczytywał się on w najnowszym egzemplarzu Proroka Codziennego, a jego żona skierowała się do kuchni, zapewne z zamiarem przygotowania kolacji. Najwyraźniej jeszcze nie zauważyli, że ich córka jest w domu.
George podszedł do Gabrielle, położył jej rękę na ramieniu i chrząknął.
Oczy państwa Glaciusów od razu powędrowały w kierunku chłopaka, a po chwili znalazły się również na dziewczynie.
- Gabrielle, już jesteś! – zawołała Margaret, podchodząc szybko do córki i ściskając ją serdecznie. – Nic nie wiedzieliśmy!
Gaby odwzajemniła uścisk, ale bez większego entuzjazmu. Pani Glacius po chwili odsunęła się od niej i spojrzała na nią z troską.
- Czy coś się stało? – spytała, a obok niej pojawił się jej mąż.
- Właściwie… to tak. – mruknęła dziewczyna. – Bo… nie mówiłam wam wszystkiego…
- Chyba chciałaś powiedzieć „nie mówiliśmy”. – poprawił ją George, a rodzice spojrzeli na niego pytającym wzrokiem. – Wiedziałem o wszystkim, co dzieje się w Hogwarcie.
- Dlaczego nic nam nie powiedzieliście? – spytał ich Thomas surowym tonem.
Przez chwilę rodzeństwo milczało, aż w końcu George zabrał głos:
- Dlatego, że…
- Nie chciałam żebyście się martwili. – przerwała mu Gabrielle i kiwnęła na brata głową. – A jemu powiedziałam tylko dlatego, że obiecał wam nie mówić.
Znów nastała chwila ciszy. Thomas i Margaret popatrzyli po sobie, najwyraźniej się nad czymś zastanawiając. Gaby jednak tego nie widziała, bo nagle bardzo ją zainteresowały jej skarpetki. Czuła tylko jak George cały czas trzyma jej ramię, jakby dodając siostrze otuchy.
- A więc dobrze. – zawołał pan Glacius. – Opowiedźcie nam, co takiego działo się w tym roku w Hogwarcie.
Gabrielle podniosła głowę, żeby zobaczyć, czy będzie mogła wyczytać jakieś emocje z twarzy jej rodziców. Obydwoje wyglądali na trochę zaniepokojonych.
- No to chodźcie dzieci. – rzekła Margaret. – Usiądźcie i opowiadajcie.
Gaby i George posłusznie usiedli na tych samych fotelach, co równy rok temu, gdy dziewczyna mówiła o przygodzie z Kamieniem Filozoficznym. Teraz ma przed sobą do opowiedzenia równie interesującą historię. Wzięła kolejny głęboki oddech i zaczęła mówić.
*
Zupełnie jak rok temu, gdy już zrobiło się kompletnie ciemno, Gabrielle dobiegała do końca swej opowieści. Podczas przedstawiania wydarzeń z tego roku, co jakiś czas George coś dogadywał, ubarwiając historię dodatkowo o swój punkt widzenia.
- …Dumbledore przyznał mnie, Harry’emu i Ronowi po dwieście punktów dla Gryffindoru, wygraliśmy Puchar Domów, Hagrid wyszedł z Azkabanu… – oznajmiła Gaby z delikatnym uśmiechem. – no i wszystko wróciło do normy.
Nastała chwila milczenia. Thomas i Margaret Glaciusowie wpatrywali się w swe dzieci z nieodgadnioną miną. W żaden sposób nie można było określić, co sobie w tej chwili myślą. George odchrząknął.
- Ostatecznie… – zaczął niepewnie. – nikt poza Voldemortem i bazyliszkiem szczególnie nie ucierpiał, więc…
Ale przerwał natychmiast, gdy ich matka wstała z miejsca, podeszła do nich i usiadła na oparciu fotela Gabrielle. Potem nieoczekiwanie złapała dziewczynę za ramiona i przyciągnęła do siebie, zamykając w szczelnym uścisku.
- Na Merlina, gdyby któremuś z was się coś stało… – powiedziała lekko drżącym głosem, teraz tuląc syna. – No naprawdę, obydwoje jesteście tak nieodpowiedzialni!
- Mamo, opanuj się, bo mnie udusisz! – zawołał George z oburzeniem, wyrywając się z objęć matki, ale na jego twarzy gościł uśmiech.
- Czyli… mamy rozumieć, że się na nas nie złościcie? – upewniła się Gaby.
- Czy się złościmy? – zdumiał się Thomas, szeroko się uśmiechając. – Nie, wręcz przeciwnie. Jesteśmy z was dumni.
- Dumni? – zdziwiło się rodzeństwo.
- Tak, dumni. – odparł pan Glacius, a jego żona spojrzała na niego trochę krytycznym wzrokiem. – Oczywiście, postąpiliście źle, nic nam nie mówiąc, ale…
Przerwał na chwilę, chyba żeby się upewnić, czy pani Glacius nie ma nic przeciwko temu, co za chwilę powie, ale ona tylko kiwnęła zachęcająco głową, uśmiechając się.
- …ale cieszymy się, że potrafiliście sobie nawzajem zaufać. – dokończył mężczyzna. – No i naważniejsze: Gabrielle i Harry’emu po raz kolejny udało się powstrzymać Voldemorta.
Gaby uśmiechnęła się promiennie, wciąż trochę zdziwiona zachowaniem rodziców. Byli dumni, bo ona i George umocnili swą nić porozumienia.
- No, to jak już wszystko sobie wyjaśniliśmy… to przydałoby się zrobić coś do jedzenia, prawda? – zaproponował Thomas.
- Umieram z głodu. – rzekli zgodnie Gabrielle i George.
- No dobrze, już dobrze. – zaśmiała się Margaret. – Zaraz zrobię coś dobrego… a jeśli nakryjecie do stołu, to zjemy trochę szybciej.
Rodzeństwo od razu rzuciło się po talerze, kubki i sztućce, a na ten widok pan Glacius zaniósł się śmiechem.
*
Rodzina Glaciusów właśnie kończyła jeść posiłek, który Gaby uważała za wyjątkowo dobry. Przez chwilę pomyślała nawet, że to może dlatego, że udało jej zakończyć drugi rok swojej nauki bez większych obrażeń, ale od razu odrzuciła tę myśl. „Przecież nie wszystko kręci się wokół mnie” – pomyślała.
Dziewczyna przypatrywała się twarzom jej rodziców – tak szczęśliwych i bestrosko rozmawiających widziała ich istatnio, jak dostała swój list z Hogwartu. Na samą myśl o tamtym wydarzeniu lekko się uśmiechnęła. To było całe dwa lata temu. Gabrielle zdumiała się, jak ten czas szybko leci.
Sięgając po szklankę z sokiem dyniowym, Gaby spojrzała na swojego brata, przeczesującego swoje czarne włosy. Coś się jej przypomniało. Dziewczyna odstawiła szklankę, nie wypijając nawet łyka i spojrzała się na swą mamę.
- Kim jest Syriusz? – spytała bez większych ogrudek.
Atmosfera przy stole trochę się zagęściła. George sięgnął po kubek z herbatą i pijąc ją, spoglądał na swych rodziców. Gaby nawet nie zwróciła na to uwagi, cały czas wpatrując się w matkę.
- Kim jest kto? – zdziwiła się Margaret, a uśmiech nie znikał z jej twarzy.
- Syriusz. – powtórzyla Gabrielle, starając się wychwycić każdy fałszywy ruch, który mógł oznaczać kłamstwo. – George dlatego ściął włosy. Podobno ciągle myliłaś go z jakimś Syriuszem.
- Aaa, no tak! – zawołała pani Glacius, łapiąc się za głowę. – To jeden z pracowników Ministerstwa. Syriusz… – Na chwilę przerwała, jakby przypominając sobie nazwisko. – Kcalb*. Taaak… kiedyś przeprowadzałam z nim wywiad, naczelny Proroka koniecznie chciał wiedzieć, na czym polega praca Niewymownych.
- Niewyco? – spytała dziewczyna.
- Niewymownych. – odparła kobieta. – Nazywają się tak, bo pracują w Departamencie Tajemnic.
- Czyli, że nie mogą mówić o swojej pracy, bo to ściśle tajne? – upewniła się Gaby.
- Dokładnie. – potwierdziła Margaret.
- To dlaczego twój szef chciał wywiad z jednym z Niewymownych? – spytała Gabrielle, wyczuwająć podstęp. – Nie wiedział, że im nie wolno?
- No… w tym rzecz, że chyba wiedział, ale myślał, że jeden z nich da się oszukać i coś zdradzi. – odparła szybko kobieta.
- Aha… – mruknęła dziewczyna, ale nie za bardzo uwierzyła matce w to wszystko. Po raz kolejny postanowiła zostawić to na później.
Nastała chwila ciszy i słychać było tylko ciche pohukiwanie Luke’a, który siedział sobie w klatce i właśnie wkładał głowę pod skrzydło, żeby się zdrzemnąć.
- Ekhm… – odchrząknęła pani Glacius. – Dostałam niedawno wiadomość od cioci Diany i Eleanore.
- O, ciotka Diana i Nora w końcu się odezwały! – zawołał George z uśmiechem. – Co u nich słychać?
Poza rodzicami i bratem, Gaby ma jeszcze ciocię Dianę i kuzynkę Eleanore. Diana Glacius jest siostrą mamy dziewczyny i razem z Norą mieszka w Lavie** (jest to skrót od Lavande – po francusku lawendy) w Wersalu – mieście niedaleko Paryża.
Gabrielle słyszała od Margaret historię, jak to się stało, że jej mama jest w Anglii, a jej ciocia we Francji. Dziewczyna dowiedziała się, że jej babcia (czyli mama Margaret), która była Irlandką, mieszkającą w Anglii, po skończeniu Hogwartu wyjechała do Francji, chcąc tam pracować. Nie było z tym większych przeszkód – Ivone Glacius znała język francuski, ponieważ nauczyła się go od pewnych dziewczyn z Beuxbatons (francuskiej szkoły magii), które przyjechały na wymianę do Hogwartu.
Ivone zatrzymała się w Paryżu i zaczęła pracę jako magizoolog. Pewnego dnia musiała udać się do szpitała po ukąszeniu przez jakieś magiczne stworzenie i spotkała tam pewnego uzdrowiciela, Diséré’a Charpentier. Podobno obydwoje od pierwszego wejrzenia się w sobie zakochali.
Nie minęło sporo czasu, a Diséré i Ivone zaręczyli się. Dziewczyna postanowiła jednak, że zatrzyma swoje nazwisko, ponieważ była jedynaczką, a nie chciała by szlachetny ród Glaciusów wyginął. Diséré zgodził się, mówiąc, że jemu wcale na tym nie zależy.
Po niecałym roku mieszkali sobie już jako mąż i żona na obrzeżach Wersalu wraz z dwiema córkami – Dianą i Margaret. W przypadku dzieci, małżeństwo było zgodne – będą one nosić nazwisko Glacius.
W dzień jedenastych urodzin dziewczynek (były bliźniaczkami, choć wcale nie były do siebie podobne) przyleciały do nich dwie sowy z dwoma listami w ozdobnych kopertach. List zaadresowany do Diany głosił, że została ona przyjęta do francuskiej szkoły magii Beuxbatons, a w wyniku fatalnej pomyłki, list dotarł teraz, a nie rok wcześniej, kiedy powinna rozpocząć swoją edukację. Bardzo zdziwiło to rodziców dziewczynki. Obydwoje już myśleli, że Diana jest charłakiem.
Jednak jeszcze bardziej zdziwił ich list do Margaret, w którym napisane było, że dnia pierwszego września rozpoczyna swoją naukę w szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
Ivone i Diséré długo ze sobą rozmawiali na ten temat. Aż w końcu postanowili, że nie można dyskutować z Albusem Dumbledorem, czy też z Madame Maxime. Wysłali więc swoją córkę Margaret z powrotem do Anglii, gdzie miała mieszkać u rodziców Ivone (Venusii i Edwardusa Glaciusów), a Diana została w Wersalu i pojechała do Beuxbatons.
Kiedy obie siostry miały po piętnaście lat, dziadkowie u których mieszkała Margaret zmarli w odstępie zaledwie kilku tygodni – zostali zamordowani przez jakiś nieznanych śmierciożerców, a niespełna dwa lata później rodzice dziewczyn zmarli na smoczą ospę. Te wydarzenia sprawiły, że Margaret nie chciała wrócić do Wersalu, więc po ukończeniu szkoły postanowiła zamieszkać z Thomasem Pattersonem w Dolinie Godryka, a Diana została w rodzinnej miejscowości.
Potem wiadomo, co się działo – Margaret i Thomas wzięli ślub, urodził im się syn, któremu dali na imię George, osiem lat później Dianie urodziła się córeczka Eleanore, a po dwóch kolejnych latach Glaciusom urodziła się Gabrielle.
- No właśnie… – zaczęła Gaby, po przypomnieniu sobie całej opowieści. – Dlaczego tak długo się nie odzywały? Ostatnim razem list przysłały jeszcze przed tym, jak dostałam list z Hogwartu.
- Eleanore miała pierwsze egzaminy i podobno całe dnie spędzała nad książkami… – Tutaj George i Gabrielle spojrzeli na siebie znacząco – Eleanore nie była typem ucznia, który cały czas siedzi przed książkami (właśnie dlatego George, Gaby i Nora tak się dogadywali).
- To znaczy, że Nora już nie ma egzaminów? – spytał chłopak, popijając herbatę.
- Ma egzaminy, ale nie musi się uczyć tak intensywnie jak wcześniej. – odparła pani Glacius, spoglądając na córkę. – Wracając do treści listu… Diana zaprasza Gaby na kilka tygodni do siebie.
- A mnie to już nikt nie zaprosi? – spytał George i zrobił nadąsaną minę.
- Napisała, że zaprasza nas wszystkich, ale ja z ojcem pracujemy, a ty synku podobno masz ostatnio problemy z załatwieniem urlopu… – powiedziała kobieta, uśmiechając się.
- Nie prawda! – zaperzył George. – Jestem przekonany, że jakieś… trzy… może cztery dni nikomu nie zawadzą.
- Czyli, że możemy na ciebie liczyć, w kwestii zabrania Gabrielle do Lavy? – upewnił się Thomas.
- Jasne. – mruknął chłopak.
- Ale super! – zawołała Gaby z podekscytowaniem. – Kiedy wyjeżdżamy?
- Myślę, że… na początku lipca? – zaproponował pan Glacius.
- Dobry pomysł. – poparła Margaret.
- Już nie mogę się doczekać! – powiedziała zgodnie z prawdą Gaby.
*
Gabrielle siedziała w pidżamie na łóżku, patrząc na uśpioną ulicę Privet Drive. Mimo że jeszcze parę minut temu cieszyła się na myśl, że już niedługo zobaczy ciocię Dianę i Norę, teraz ta radość wydała jej się tak absurdalna, jak profesor Snape z umytymi włosami.
Gdy wchodząc do swojego pokoju, potknęła się o kufer, na który mimowolnie spojrzała, jej wzrok padł na ubrudzoną krwią i atramentem szatę. Na jej widok przed oczami dziewczyny zaczęły migać obrazy wydarzeń z minionego roku w Hogwarcie: napisy na ścianie, spetryfikowani, Ginny, Komnata Tajemnic, Voldemort, bazyliszek, kieł, krew, a potem zamazany obraz Harry’ego, który klęczał przy niej… napisy na ścianie, spetryfikowani…
Teraz, siedząc na łóżku, próbowała odgonić swoje myśli od tego wszystkiego, przypominając sobie o nadchodzących wakacjach. Problem tym, że nie potrafiła tego zrobić – po głowie zaczęły jej się kotłować dręczące ją pytania: O co chodziło z tym dziennikiem? Jak to jest możliwe, że młody Voldemort tak po prostu sobie z niego wyszedł i próbował powrócić? Czy Lucjusz Malfoy rzeczywiście mu służy? Czy… Voldemort żyje?
Wtem do drzwi pokoju Gabrielle ktoś zapukał, tym samym wyrywając ją z ponurych myśli.
- Można wejść. – mruknęła.
W pokoju pojawił się George szczerzący się do niej, jedną ręką zamykając drzwi, a drugiej nie wyjmując z zza pleców.
- Miałem nadzieję, że nie śpisz. – powiedział, siadając na brzegu łóżka.
- Co tam masz? – spytała dziewczyna, próbując zajrzeć za plecy brata.
- No cóż… – zaczął. – Pamiętasz, jak ci obiecałem, że dostaniesz prezent świąteczny w wakacje?
- No tak…
- A wiesz czemu?
- Nie.
- No bo załatwienie go zajęło mi to trochę więcej czasu, niż przypuszczałem… – przyznał chłopak, drapiąc się po głowie.
- Mogłeś napisać. – powiedziała Gaby.
- No w sumie mogłem. Ale widzisz, niestety nie…
- Weź już przestań się zgrywać, tylko pokaż mi co tam masz! – zawołała zniecierpliwiona Gabrielle.
- Okej. – odparł George i śmiejąc się wręczył jej coś, co wyglądało na plakat, owinięty czarną wstążką.
Dziewczyna szybko rozwiązała to coś i rozwinęła. Jej oczom ukazała się duża flaga Irlandii, na której gdzieniegdzie można było zobaczyć jakieś czarne zawijasy, bądź też litery. Gaby powoli udało się odczytywać napisy: Lynch, Troy, Connolly, Quigley, Ryan, Mullet i Moran… Gdy zdała sobie sprawę na co patrzy, nie mogła się powstrzymać od wydania zduszonego okrzyku.
- Na Merlina… – szepnęła z przejęciem. – Skąd ty to masz?
- Znam kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna Mulleta. – odpowiedział chłopak. – Powiedziałem, że moja siostra jest ich ogromną fanką i zgodzili się na podpisanie flagi.
- Jesteś… – zaczęła, a po chwili rzuciła mu się na szyję. – nawspanialszym bratem na świecie! Dziękuję!
- Rany, nie wiedziałem, że aż tak się ucieszysz! – zaśmiał się George, odwzajemniając uścisk. – Chyba częściej muszę ci robić takie niespodzianki.
Gdy Gaby w końcu się od niego odsunęła, uśmiechała się promiennie – wcale już nie pamiętała, o czym myślała przed wizytą brata.
- No, to teraz trzeba to gdzieś powiesić. – oznajmił George, celując różdżką w flagę, która nagle znalazła się w ładnej białej gablocie. – Gdzie sobie pani życzy?
- Nad biurkiem będzie dobrze.
Jednym machnięciem różdżki, gablota zawiesiła się nad biurkiem dziewczyny. Chłopak schował różdżkę z powrotem do kieszeni spodni i spojrzał na siostrę całkiem poważnie.
- Dobra, skoro to mamy już za sobą… – Usiadł obok Gabrielle. – To teraz mi powiedz, czemu miałaś taką okropną minę, kiedy tu wchodziłem?
Gaby przygryzła wargę – nie wiedziała do końca, czy powiedzieć bratu o swoich obawach. Ale po krótkiej chwili się na to zdecydowała. „Jeżeli nie mogę ufać jemu, to nie mogę ufać samej sobie” – pomyślała.
- Myślałam o Voldemorcie. – oznajmiła szczerze, ciesząc się, że jej brat nawet nie zareagował na słowo „Voldemort”. – O tym, czy jeszcze kiedyś się z nim zmierzę…
- No i do jakiego wniosku doszłaś? – spytał spokojnie.
- Że to trzeci, ale nie ostatni raz, kiedy pokrzyżowałam mu plany.
- Słusznie. – mruknął. – Też tak myślę. On wcale nie umarł, jak się może wydawać. Może nie żyje jak normalny człowiek… ale w jakiś sposób funkcjonuje i na pewno będzie próbował stać się ponownie postrachem całego świata.
- Jak było, przed tym, jak on… – Chciała powiedzieć „umarł”, ale to nie było odpowiednie słowo. -…odszedł?
- Szczerze? – Gaby kiwnęła głową. – To było okropne. Ludzie nikomu nie ufali, bali się własnego cienia. W tamtych czasach mogłeś zostać zabity wszędzie i przez każdego.
Gabrielle nawet się nie odezwała. Wyobraziła sobie Voldemorta u szczytu swej potęgi. Sama wizja była straszna, a co dopiero życie w takich czasach.
- Ale jedno ci powiem… – George objął Gaby ramieniem. – staraj się myśleć o czymś innym. Jestem przekonany, że będziesz miała jeszcze mnóstwo czasu na zamartwianie się losem całego świata.
Dziewczyna zaśmiała się cicho. Wiedziała, że George miał rację.
- Tylko, czy temu podołam? – zapytała jakby sama siebie. – Dam radę wymazać to z pamięci choć na chwilę?
- Hej! – zawołał chłopak, odsuwając się od niej i patrząc swoimi czekoladowymi oczami w jej niebieskie. – Pokonałaś Voldemorta, uratowałaś szkołę, zabiłaś bazyliszka i pokazałaś wszystkim, że jesteś niesłychanie dzielna. I ty – Gabrielle Glacius nie będziesz w stanie czegoś zrobić? Dziewczyno, dla ciebie nie ma już rzeczy niemożliwych!
Gaby zaśmiała się szczerze.
- Dzięki. – powiedziała, przybijając z nim żółwika. – Na ciebie można liczyć.
- Do usług. – Zasalutował i stanął przy drzwiach. – A teraz, życzę dobrej nocy.
- Wzajemnie. – zawołała, a po chwili drzwi się zatrzasnęły.
Dziewczyna rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na spokojną ulicę Privet Drive i położyła się wygodnie na łóżku, okrywając kołdrą.
„George naprawdę ma rację.” - pomyślała, patrząc na flagę z podpisami reprezentacji, wiszącą nad biurkiem. – „Mam jeszcze mnóstwo czasu na zamartwianie się losami świata.”
I z tymi słowami szybko odpłynęła w ramiona Morfeusza.

*Kcalb – czyt. Kejkalb
**Lava – odpowiednik Nory Weasleyów 

 ~*~

Tym oto sposobem druga część mej opowieści się zakończyła! Nie powiem, dosyć szybko to zleciało… Ale teraz nie czas na sentymenty! Muszę Wam jeszcze coś powiedzieć… Otóż, nie wiem do końca, kiedy pojawi się kolejny rozdział, czyli tak naprawdę rozpoczęcie kolejnej części. Teraz mam dużo nauki i trochę się ze wszystkim nie wyrabiam, ale mam nadzieję, że z czasem dam radę się wkręcić i w końcu wszystko ogarnąć… i, że nie potrwa to zbyt długo. No więc, nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam sukcesów w tym roku szkolnym i powiedzieć: do napisania! :))

Rozdział sześćdziesiąty drugi

Wolny skrzat, świetna uczta, tajemnica Percy’ego i nowy fryz George’a
Zza rogu dobiegły ich oddalające się piski Zgredka. Zastanawiając się, czy jej plan wypali, Gaby stając i ku zdziwieniu Harry’ego szybko zdjęła jeden but, ściągnęła obślizgłą, brudną skarpetkę i wepchnęła do niej dziennik.
- Dobrze obmyślane. – powiedział Harry, chyba w końcu rozumiejąc, co dziewczyna ma zrobi.
- Dzięki. – odparła Gabrielle i pognała razem z nim korytarzem.
Dogonili Lucjusza Malfoya i skrzata na szczycie marmurowych schodów.
- Panie Malfoy. – wydyszała, zatrzymując się w biegu, a Harry zahamował obok niej. – Mamy coś dla pana.
I wcisnęła Malfoyowi do ręki śmierdzącą skarpetkę.
- Co do…
Mężczyzna zdarł skarpetkę z dziennika, odrzucił ją ze wstrętem i przeniósł wściekłe spojrzenie ze zniszczonej książeczki na Gabrielle i Harry’ego.
- Kiedyś skończycie tak nędznie, jak Ksawier Patterson i Potterowie, Gabrielle Glacius i Harry Potterze. – wycedził. – Oni też byli wścibskimi głupcami.
Odwrócił się, aby odejść.
- Zgredek! Idziemy! Powiedziałem, idziemy!
Ale Zgredek nie ruszył się z miejsca. Trzymał w ręku obrzydliwą, mokrą skarpetkę Gabrielle i wpatrywał się w nią, jakby była bezcennym skarbem.
- Mój pan dał Zgredkowi skarpetkę. – powiedział zdumionym głosem. – Pan dał ją Zgredkowi.
- Co znowu? – warknął pan Malfoy. – Co powiedziałeś?
- Zgredek dostał skarpetkę. – powtórzył skrzat z niedowierzaniem. – Mój pan ją rzucił, a Zgredek ją złapał. Zgredek jest… wolny.
Lucjusz Malfoy zamarł, wpatrując się w skrzata, po czym rzucił się na Gaby i Harry’ego.
- Przez was straciłem sługę, głupie dzieciaki!
Ale Zgredek wrzasnął:
- Nie zrobisz krzywdy Gabrielle Glacius ani Harry’emu Potterowi!
Rozległ się głośny huk i pana Malfoya odrzuciło do tyłu. Potoczył się po schodach jak worek kartofli, lądując na samym dole. Wstał i natychmiast wyjął różdżkę, ale Zgredek znowu podniósł rękę, grożąc mu długim palcem.
- Teraz odejdziesz. – powiedział, celując palec w pana Malfoya. – Nie tkniesz Gabrielle Glacius ani Harry’ego Pottera. A teraz odejdziesz.
Lucjusz Malfoy nie miał wyboru. Obrzucił ich jadowitym spojrzeniem, zamaszystym ruchem owinął się płaszczem i zniknął im z oczu.
- Gabrielle Glacius i Harry Potter uwolnili Zgredka! – zawołał skrzat ochrypłym głosem, wpatrując się w Gaby i Harry’ego ogromnymi oczami, w których odbijało się światło księżyca. – Gabrielle Glacius i Harry Potter uwolnili Zgredka!
- To wszystko, co mogliśmy dla ciebie zrobić, Zgredku. – powiedziała dziewczyna, uśmiechając się do niego. – Ale przyrzeknij nam, że już nigdy nie będzie próbował ratować nam życia.
Brzydka, brązowa twarz skrzata rozciągnęła się nagle w szerokim uśmiechu.
- Mamy tylko jeszcze jedno pytanie, Zgredku. – rzekł Harry, kiedy skrzat trzęsącymi się rekami wciągnął na nogę skarpetkę Gaby. – Powiedziałeś nam, że to nie ma nic wspólnego z Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, pamiętasz? No więc…
- To była wskazówka, sir. – przerwał mu Zgredek, otwierając jeszcze szerzej oczy, jakby to było oczywiste. – Zgredek dał szansę Harry’emu Potterowi i Gabrielle Glacius. Dawne imię Czarnego Pana można było wymawiać, prawda?
- Nooo… tak. – zgodził się Harry.
- Ale na nas już czas. – powiedziała Gaby. – Wyprawiają ucztę, a nasza przyjaciółka Hermiona już się pewnie obudziła…
Zgredek objął ją serdecznie w pasie, a potem to samo zrobił z Harrym.
- Gabrielle Glacius i Harry Potter są o wiele więksi, niż się Zgredkowi wydawało! – załkał. – Żegnajcie, Gabrielle Glacius i Harry Potterze!
Błysnęło, strzeliło i Zgredek rozpłynął się w powietrzu.
*
Gaby brała już udział w kilku ucztach w Hogwarcie, ale jeszcze nigdy nie była na takiej jak ta. Wszyscy byli w pidżamach, a zabawa trwała całą noc. W końcu nie wiedziała już, co było w tym wszystkim najlepsze, czy bliźniacy Weasley klepiący Harry’ego po plecach, przytulający i noszący ją na rękach, za uratowanie ich siostry, czy towarzyszącego jej starszego brata, który powiedział, że ich rodzice coś wiedzą o tym, co się stało, ale nie znają szczegółów („Opowiemy im w domu”, mruknął chłopak uśmiechając, się do niej), czy Hermiona biegnąca ku niej i Harry’emu z krzykiem: „Rozwiązaliście to! Rozwiązaliście!”, czy Justyn zrywający się od stołu Puchonów, żeby uścisnąć jej i Harry’emu rękę i po raz któryś przepraszać za swoje podejrzenia, czy Hagrid, który zjawił się o pół do czwartej nad ranem i rąbnął po plecach ją, Harry’ego i Rona tak mocno, że powpadali nosami w talerze z ciastem biszkoptowym z kremem i owocami, czy ogłoszenie wszem i wobec, że ona, Harry i Ron zdobyli dla Gryffindoru sześćset punktów w rozgrywce o Puchar Domów, czy profesor McGonagall powstająca, by ogłosić, że odwołuje wszystkie egzaminy („Och, nie!”, krzyknęła Hermiona), czy Dumbledore oznajmiający „z wielkim żalem”, że profesor Lockhart nie będzie mógł ich uczyć, ponieważ musi wyjechać i odzyskać pamięć. Wśród wiwatujących po ogłoszeniu tej ostatniej nowiny nie brakowało nauczycieli.
- Szkoda. – powiedział Ron, zabierając się do kolejnego pączka z konfiturą. – Już zacząłem go wychowywać.
*
Reszta semestru letniego minęła w cudownej mgiełce gorącego słońca. Wszystko znowu było tak samo, prócz paru drobiazgów: zniesiono lekcje obrony przed czarną magią („Nie martw się, przecież mieliśmy sporo ponadprogramowych ćwiczeń z tego przedmiotu”, powiedział Ron rozczarowanej Hermionie), a Lucjusz Malfoy został odwołany z rady nadzorczej. Draco nie chodził już po szkole, patrząc na wszystkich z góry, jakby zamek był jego własnością. Przeciwnie, był przygaszony i pokorny. Natomiast Ginny Weasley odzyskała humor.
Wkrótce – może nawet za szybko – nadszedł czas ich powrotu do domów na letnie wakacje. Przyjechał ekspres Hogwart-Londyn, a Gaby, Harry, Hermiona, Fred, George i Ginny zdobyli przedział tylko dla siebie. Wykorzystali skwapliwie ostatnie parę godzin, w których wolno im było używać czarów przed wakacjami. Grali w Eksplodującego Durnia, wystrzelili ostatnie z fajerwerków Filibustera i ćwiczyli na sobie rozbrajanie przeciwnika. Zarówno Gaby, jak i Harry byli najlepsi w tej konkurencji.
Dojeżdżali już do dworca King’s Cross, kiedy Gabrielle coś sobie przypomniała.
- Ginny… co właściwie robił Percy, kiedy go zobaczyłaś, a później nie chciałaś tego nikomu powiedzieć?
- Ach, to. – powiedziała Ginny, chichocąc. – Bo… wiecie, Percy ma dziewczynę.
Fred upuścił stertę książek na głowę George’a,
- Co?
- Prefekt Krukonów, Penelopa Clearwater. – oznajmiła Ginny. – To do niej pisał przez całe ubiegłe lato. A w szkole spotykał się z nią w tajemnicy. Wlazłam na nich, jak się całowali w pustej klasie. Był taki zrozpaczony, kiedy została… no wiecie… zaatakowana. Ale nie będziecie się z niego śmiać, co? – dodała z niepokojem, patrząc na bliźniaków.
- Tych dwóch może zrobić dla kogoś naprawdę dużo dobrych rzeczy. – oznajmiła Gaby z uśmiechem, zarzucając ręce na ramionach Freda i George’a. – Ale w tej kwestii, akurat na nich bym nie liczyła.
- Absolutnie. – odparli zgodnie bliźniacy i zarechotali.
Ekspres Hogwart-Londyn zwolnił i w końcu się zatrzymał.
Harry wyciągnął pióro i kawałek pergaminu i zwrócił się do Rona i Hermiony.
- To jest coś, co Mugole nazywają „numerem telefonu”. – powiedział Ronowi, wypisując dwukrotnie rząd cyfr, przedzierając pergamin i dając jedną część rudzielcowi, a drugą Hermionie. – W zeszłym roku powiedziałem waszemu ojcu, jak się korzysta z telefonu, będzie wiedział. Zadzwonicie do mnie do Dursleyów, dobrze? Bo mimo, że będę z Gaby, to obydwoje nie wytrzymamy dwóch miesięcy z Dudleyem.
- Twoja ciotka i wuj będą z ciebie dumni, prawda Harry? – rzekła Hermiona, kiedy wyszli z wagonu i przyłączyli się do tłumu zmierzającego ku zaczarowanej barierce. – Jak usłyszą, czego dokonałeś w tym roku…
- Dumni? – zdumiała się Gabrielle. – Zwariowałaś? Tyle razy był bliski śmierci i przeżył? Będą wściekli…
I razem przeszli przez bramę do świata Mugoli.
*
Na peronie 9 i 10, pożegnali się ze sobą i każdy z nich poszedł w inną stronę: Hermiona do swoich rodziców, którzy uśmiechali się na jej widok; Weasleyowie do pani Weasley, już biegnącej, by znów wszystkich wyściskać i pana Weasleya, spokojnie idącego za żoną; Harry do swojego wuja, który miał tak rozeźloną i rozczarowaną minę, jakby miał nadzieję, że Harry zginął w czasie trwania roku szkolnego; a Gaby do George’a, za którym jak zwykle oglądało się mnóstwo dziewczyn.
Jednak Gabrielle zauważyła, że coś się w nim zmieniło. No tak! Chłopak się obciął! Wcześniej jego czarne, rozczochrane włosy sięgały do połowy szyi, teraz zaś były krótkie, ale cały czas wyglądały, jakby jej brat dopiero co wyszedł z łóżka.
- No i jak? – spytał chłopak, biorąc kufer od siostry. – Jesteś gotowa na rozmowę z rodzicami?
- Chyba tak. – odparła trochę niepewnie i razem ruszyli przez peron. – A… dlaczego zmieniłeś fryzurę?
- A co, wyglądam źle? – zapytał, przeczesując włosy.
- Nie, jak zwykle wyglądasz świetnie. – oznajmiła, śmiejąc się. – Po prostu jestem ciekawa, skąd ta nagła zmiana.
- Mama po raz kolejny powiedziała na mnie „Syriusz”, którego najwyraźniej jej przypominałem. – mruknął. – Wkurzyłem się, poszedłem do fryzjera i obciąłem włosy.
- Kim jest ten „Syriusz”? – spytała Gabrielle z zaciekawieniem.
- W sumie to nie wiem… – odrzekł, ale dziewczyna nie do końca mu uwierzyła. Postanowiła to jednak zostawić. Przynajmniej na razie.
- To dlaczego się wkurzyłeś?
- No bo chyba nie po to dała mi na imię George, żeby mówić na mnie Syriusz, nie?
- No w sumie racja. – odparła Gaby.
Miała już nic nie mówić, gdy nagle, podczas wychodzenia ze stacji, w jej głowie zrodziło się pytanie.
- A właściwie czym tu przyjechałeś? – spytała.
- Taksówką. – oznajmił.
- Serio?
- Jak najbardziej. A co? – spytał.
- Nie no, nic. – rzekła. – Myślałam tylko, że czarodzieje, a tym bardziej poskramiacze smoków, przemieszczają się czymś bardziej widowiskowym…
- Na przykład? – zainteresował się chłopak.
- Na przykład… no nie wiem, smokiem?
George spojrzał na nią i obydwoje się roześmiali.
- A wyobrażasz sobie smoka lecącego nad Londynem? – zapytał po chwili.
- Nie. – odparła, wciąż się śmiejąc.
- No właśnie. – powiedział, podchodząc do jednej z taksówek stojących na postoju. – Wejdź do środka, a ja włożę kufer do bagażnika.
Gaby posłusznie zajęła miejsce na tylnym siedzeniu, a po chwili również George wszedł do samochodu, zajmując miejsce obok kierowcy.
- Surrey, Little Whinging, ulica Privet Drive 8. – powiedział George.
- Się robi! – zawołał wesoło taksówkarz, zapalając auto i wyjeżdżając na ruchliwą ulicę Londynu.

Rozdział sześćdziesiąty pierwszy

Dobry brat, wyjaśnienia, nagrody, więcej wyjaśnień, Malfoy i plan
Przez chwilę zaległa cisza, kiedy Gaby, Harry, Ron, Ginny i Lockhart stanęli w drzwiach, pokryci brudem, szlamem i (w przypadku Gabrielle) krwią. Potem jednak ktoś wysoki skoczył na dziewczynę, zasłaniając jej cały widok.
- O, Merlinie! – krzyknął, doskonale jej znany głos. – Daliście radę!
Kiedy George w końcu się odsunął, Gaby zauważyła na jego twarzy wyraz ulgi. On naprawdę się o nią martwił.
George stanął przed Ronem i Harrym.
- Dobra robota. – powiedział i poklepał ich z uśmiechem po plecach, na co oni również odpowiedzieli uśmiechem. Najwyraźniej brat Gabrielle stwierdził, że jej przyjaciele są już dużymi chłopakami, i przytulenie mogłoby ich zawstydzić.
Innego zdania była jednak pani Weasley, która po dokładnym wyściskaniu Ginny z panem Weasleyem, po chwili zagarnęła chłopaków i Gaby w swoje ramiona.
- Uratowaliście ją! – zawołała. – Uratowaliście ją! Jak wam się to udało?
- Myślę, że wszyscy chcemy się tego dowiedzieć. – powiedziała profesor McGonagall słabym głosem, która stała obok opierającego się o gzyms kominka profesora Dumbledore’a.
Pani Weasley wypuściła ich wszystkich z objęć. Gabrielle i Harry trochę się zawahali, ale potem podeszli do biurka i położyli na nim Tiarę Przydziału, inkrustowany rubinami miecz i to, co pozostało z dziennika Riddle’a.
I Harry zaczął opowiadać. Przez blisko kwadrans mówił w kompletnej ciszy: opowiedział o bezcielesnym szepcie i o tym, jak Hermiona w końcu dociekła, że to głos bazyliszka wędrującego rurami kanalizacyjnymi; jak Gaby, on i Ron ruszyli za pająkami do puszczy, jak Aragog powiedział im, gdzie została uśmiercona ostatnia ofiara bazyliszka; jak odgadli, że ofiarą tą była Jęcząca Marta i że wejście do Komnaty Tajemnic może być w jej łazience…
- No dobrze – powiedziała profesor McGonagall, kiedy umilkł. – więc znaleźliście to wejście… notabene, łamiąc po drodze ze sto punktów regulaminu szkolnego… ale na miłość boską, jak wam się udało wyjść stamtąd żywymi?
Harry już trochę ochrypł, więc Gaby postanowiła go wyręczyć. Opowiedziała im o pojawieniu się w krytycznym momencie Fawkesa i o Tiarze Przydziału, która podarowała im miecz. Lecz kiedy to powiedziała, zacięła się i nie miała pojęcia, co robić dalej. Jak dotąd ani Harry, ani ona nie wspomnieli o dzienniku Riddle’a… i o Ginny. Stała ona z głową na ramieniu pani Weasley, a łzy wciąż spływały jej po policzkach. A jeśli jednak ją wyrzucą? Dziennik Riddle’a już nie działał… Jak im udowodnią, że to wszystko przez tę małą czarną książeczkę?
Spojrzała instynktownie na Dumbledore’a, który uśmiechał się lekko; płomienie kominka odbijały się w jego okularach.
- Mnie zaś interesuje najbardziej – powiedział łagodnie. – jak Lordowi Voldemortowi udało się zaczarować Ginny, skoro moje źródła donoszą, że obecnie ukrywa się w puszczach Albanii.
Gabrielle poczuła, jak ogarnia ją ulga – ciepła, cudowna ulga.
- Co? – zapytał George zdumionym głosem. – Voldemort ją zaczarował?
- Al-le przecież Ginny nie… – wyjąkał pan Weasley. – Ginny nie została… prawda?
- To ten dziennik. – powiedział szybko Harry, biorąc go do ręki i pokazując Dumbledore’owi. – Riddle zapisał go, kiedy miał szesnaście lat.
Dumbledore wziął dziennik i obejrzał uważnie nadpalone i wilgotne kartki.
- Wspaniale. – powiedział cicho. – No tak, ale on był naprawdę najlepszym uczniem, jakiego miał Hogwart. – Odwrócił się do Weasleyów, którzy sprawiali wrażenie kompletnie oszołomionych. George przysunął sobie krzesło bliżej Dumbledore’a i z zainteresowaniem zaczął się w niego wpatrywać.
- Niewiele osób wiedziało, że Lord Voldemort nosił kiedyś inne nazwisko: Tom Riddle. – zaczął Dumbledore. – Sam go uczyłem, pięćdziesiąt lat temu, tu, w Hogwarcie. Po ukończeniu szkoły przepadł bez wieści… odbywał dalekie podróże… studiował i praktykował czarną magię, przebywając w towarzystwie najgorszych typów, i przeszedł tyle niebezpiecznych transformacji, że kiedy w końcu ujawnił się jako Lord Voldemort, trudno było w nim rozpoznać Toma Riddle’a. Mało kto łączył Lorda Voldemorta z tym inteligentnym, ładnym chłopcem, który kiedyś był tutaj prefektem szkoły.
- Ale… Ginny. – wyjąkała pani Weasley. – Co nasza Ginny miała… z… nim… wspólnego?
- Jego dz-dziennik! – zaszlochała dziewczynka. – Ja w n-nim pisałam… a on odpisywał p-przez cały rok…
- Ginny! – krzyknął wstrząśnięty pan Weasley. – Czy niczego cię nie uczyłem? Co ja ci zawsze powtarzałem? Żebyś nigdy nie ufała niczemu i nikomu, jeśli nie wiesz, gdzie jest jego mózg. Dlaczego nie pokazałaś tego dziennika mnie albo matce? Taki podejrzany przedmiot… przecież od razu widać, że jest pełny czarnej magii!
- Ja n-nie wiedziałam… Znalazłam go wewnątrz używanej książki, którą mi kupiła mama. Ja m-myślałam, że ktoś go tak włożył i zapomniał, i…
- Panna Weasley powinna natychmiast udać się do skrzydła szpitalnego. – przerwał jej stanowczym tonem Dumbledore. – To była dla niej bardzo ciężka próba. Nie zostanie ukarana. Lord Voldemort uwodził już czarownice i czarodziejów o wiele starszych i mądrzejszych od niej. – Podszedł do drzwi i otworzył je. – Ciepłe łóżko i duży, parujący kubek gorącej czekolady. Mnie to zawsze pomaga. – dodał, mrugając do niej dobrodusznie. – Pani Pomfrey jeszcze nie śpi. Właśnie podaje sok z mandragory… Mam nadzieję, że ofiary bazyliszka przebudzą się lada moment…
- Więc Hermionie nic nie jest? – ucieszył się Ron.
- Żadnych trwałych urazów. – odrzekł Dumbledore.
Pani Weasley wyprowadziła Ginny, a pan Weasley wyszedł za nimi, wciąż pogrążony w głębokim szoku.
- Wiesz co, Minerwo – powiedział z namysłem Dumbledore do profesor McGonagall. – myślę, że to wszystko trzeba uczcić. Mogłabyś obudzić kucharki?
- Słusznie. – odpowiedziała profesor McGonagall, idąc ku drzwiom. – Zajmiesz się Glacius, Potterem i Weasleyem, prawda?
- Oczywiście.
George wstał i od razu poszedł za profesor McGonagall, ale gdy był już przy drzwiach, Dumbledore powiedział:
- Możesz zostać, George.
Chłopak uśmiechnął się pod nosem i z powrotem usiadł na krześle.
- Jeśli dobrze pamiętam – zwrócił się profesor do Gabrielle, Harry’ego i Rona. – to powiedziałem wam, że jeśli któreś z was złamie jeszcze jeden punkt regulaminu szkolnego, będę musiał wyrzucić jednego go lub ją ze szkoły.
Gaby widziała, że George chętnie by ich obronił przed wyrzuceniem, ale postanowił milczeć.
- Co dowodzi, że nawet najlepsi z nas powinni czasami liczyć się ze słowami. – ciągnął Dumbledore z uśmiechem. – Wszyscy troje otrzymacie Specjalną Nagrodę za Zasługi dla Szkoły i… zaraz… tak, po dwieście punktów dla Gryffindoru…
Gabrielle uśmiechnęła się szeroko, a potem spojrzała na George, który szczerzył się do niej, podnosząc dwa kciuki do góry.
- Ale jeden z tutaj obecnych wciąż milczy o swoim udziale w tej niebezpiecznej przygodzie. – dodał Dumbledore. – Dlaczego jesteś taki skromny, Gilderoy?
Dziewczyna drgnęła. Zupełnie zapomniała o Lockharcie. Odwróciła się i zobaczyła go w kącie pokoju. Na ustach słynnego profesora wciąż błąkał się lekki uśmiech. Kiedy Dumbledore zwrócił się do niego, spojrzał przez ramię, żeby zobaczyć, kto do niego mówi.
- Panie profesorze – powiedział szybko Ron. – w Komnacie Tajemnic doszło do pewnego… wypadku. Profesor Lockhart…
- Jestem profesorem? – zdziwił się nieco Lockhart. – Wielkie nieba, chyba musiałem być beznadziejny, co?
- Próbował rzucić Zaklęcie Zapomnienia, a różdżka wypaliła do tyłu. – wyjaśnił cicho Ron Dumbledore’owi.
- A niech to! – zawołał Dumbledore, kręcąc głową, a jego długie srebrne wąsy dziwnie zadrgały. – Nadziałeś się na własny miecz, Gilderoy?
- Miecz? – zdziwił się Lockhart. – Nie mam żadnego miecza. Ale ten chłopiec ma. – Wskazał na Harry’ego. – Może ci pożyczyć.
- Czy mógłbyś zaprowadzić profesora Lockharta do skrzydła szpitalnego? – zwrócił się Dumbledore do Rona. – Chciałbym jeszcze zamienić kilka słów z Harrym i Gabrielle.
Lockhart wyszedł powolnym krokiem. Ron rzucił zaciekawione spojrzenie na Dumbledore’a, Gaby i Harry’ego, westchnął i już miał wychodzić, gdy George się odezwał.
- To… może ja pomogę Ronowi. – powiedział, wstając z krzesła i puszczając oczko siostrze. – Do zobaczenia później.
I wyszedł zaraz za Ronem, zamykając drzwi.
- Przede wszystkim, chciałem wam podziękować. – rzekł Dumbledore, mrugając oczami. – Musieliście okazać mi prawdziwą wierność… tam, w Komnacie Tajemnic. Bo tylko to mogło przywołać do was Fawkesa.
Pogłaskał feniksa, który sfrunął mu na kolano. Gaby i Harry uśmiechnęli się z zakłopotaniem.
- A więc spotkaliście się z Tomem Riddle’em. – powiedział powoli Dumbledore. – Wyobrażam sobie, że był bardzo wami zainteresowany…
Nagle coś, co najwyraźniej dręczyło Harry’ego od dawna, samo wyrwało mu się z ust.
- Panie profesorze… – zaczął chłopak. – Riddle powiedział, że jesteśmy do niego dziwnie podobni, szczególnie ja. Powiedział, że to bardzo dziwne podobieństwo…
- Tak powiedział? – zapytał Dumbledore, patrząc uważnie na Harry’ego spod swoich srebrnych brwi. – A ty co o tym myślisz, Harry?
- Wiem, że na pewno go nie lubię! – odpowiedział Harry o wiele za głośno. – To znaczy… ja jestem… ja jestem z Gryffindoru… ja…
I nagle urwał, a na jego twarzy można było zauważyć powątpienie. Gaby już wiedziała, o co mu chodziło.
- Panie profesorze. – powiedziała dziewczyna, żeby odwrócić uwagę profesora od Harry’ego. – Tiara Przydziału powiedziała nam, że… że pasowalibyśmy do Slytherinu. Przez jakiś czas wszyscy myśleli, że to ja jestem dziedziczką Slytherina i że Harry jest moim pomocnikiem… bo znamy mowę wężów…
- Znacie mowę wężów – rzekł spokojnie Dumbledore. – ponieważ zna ją Lord Voldemort, który jest ostatnim żyjącym potomkiem Salazara Slytherina… O ile się nie mylę, przekazał wam cząstki swojej mocy… w ową noc, kiedy pozostawił wam te blizny. Jestem pewny, że na pewno nie chciał tego zrobić…
- Voldemort przekazał nam cząstki samego siebie? – zapytała Gabrielle, głęboko wstrząśnięta.
- Na to właśnie wygląda.
- Więc rzeczywiście powinniśmy być w Slytherinie. – powiedział Harry, patrząc z rozpaczą na Dumbledore’a. – Tiara Przydziału dostrzegła w nas moc Slytherina i…
- I przydzieliła was do Gryffindoru. – przerwał mu spokojnie Dumbledore. – Posłuchajcie mnie. Tak się zdarzyło, że obydwoje macie wiele cech, które Salazar Slytherin cenił u swoich wybranych uczniów. Jego własny rzadki dar, mowę wężów… zaradność… zdecydowanie… spryt… pewien… hm… brak szacunku dla wszelkich reguł… – dodał, a wąsy znowu mu się zatrzęsły. – A jednak Tiara Przydziału umieściła was w Gryffindorze. Wiecie, dlaczego tak się stało? Pomyślcie.
- Umieściła nas w Gryffindorze tylko dlatego – powiedziała Gaby zrezygnowanym tonem. – bo ją poprosiliśmy, żeby nas nie umieszczała w Slytherinie…
- Właśnie. – przerwał jej rozradowany Dumbledore. – A to bardzo was różni od Toma Riddle’a. Bo widzicie, to nasze wybory ukazują, kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności. – Dziewczyna siedziała nieruchomo, słuchając tego ze zrozumieniem. – Jeśli chcecie dowodu, że naprawdę należycie do Gryffindoru, to przyjrzyjcie się temu.
Dumbledore wziął z biurka profesor McGonagall srebrny miecz i wręczył im. Harry chwycił pokrwawioną klingę i oboje spojrzeli na migocące w świetle kominka rubiny na rękojeści, nie wiedząc, o co właściwie chodzi. I nagle, tuż pod gardą, Gabrielle zobaczyła wygrawerowane słowa.
Godryk Gryffindor.
- Tylko prawdziwi Gryfoni mogli wyciągnąć ten miecz z tiary, a potem go używać. – rzekł profesor Dumbledore.
Przez blisko minutę wszyscy troje milczeli. Potem Dumbledore otworzył jedną z szuflad i wyjął pióro i kałamarz.
- Myślę, że powinniście najeść się i wyspać. Radzę wam zejść na dół na ucztę, a ja napiszę do Azkabanu… żeby nam odesłali gajowego. Muszę też dać ogłoszenie do Proroka Codziennego. – dodał po namyśle. – Będzie nam potrzebny nowy nauczyciel obrony przed czarną magią. No, ale tym razem trzeba dobrze wybadać kandydatów, prawda?
Gaby i Harry wstali i podeszli do drzwi. Dziewczyna już dotykała klamki, kiedy otworzyły się z takim rozmachem, że rąbnęły o ścianę.
Na progu stał Lucjusz Malfoy z twarzą wykrzywioną wściekłością. A pod jego ramieniem kulił się… Zgredek. Był obandażowany w wielu miejscach.
- Dobry wieczór, Lucjuszu. – przywitał się uprzejmie Dumbledore.
Pan Malfoy wpadł do środka, zwalając Gabrielle z nóg, ale na szczęście Harry zdążył ją złapać. Zgredek wszedł tuż za nim, trzymając się na skraju jego szaty, wyraźnie przerażony.
- A więc to tak! – rzekł Lucjusz Malfoy, utkwiwszy zimne oczy w Dumbledorze. – Wróciłeś. Zostałeś zawieszony przez radę nadzorczą, a jednak uznałeś za stosowne wrócić do Hogwartu.
- Muszę ci wyznać, Lucjuszu – powiedział Dumbledore, uśmiechając się pogodnie. – że dzisiaj otrzymałem listy od jedenastu członków rady nadzorczej. Mówię ci, to był prawdziwy deszcz sów! Usłyszeli, że zginęła córka Artura Weasleya i zażądali, żebym natychmiast wrócił. Wygląda na to, że jednak uważają mnie za najlepszego człowieka na tym stanowisku. Dowiedziałem się też od nich bardzo dziwnych rzeczy. Podobno zagroziłeś ich rodzinom represjami, jeśli nie zgodzą się na zawieszenie mnie w obowiązkach dyrektora szkoły.
Pan Malfoy zrobił się jeszcze bardziej blady niż zwykle, ale jego oczy miotały iskry wściekłości.
- No i co… udało ci się już powstrzymać te napaści? – zapytał drwiącym tonem. – Schwytałeś już złoczyńcę?
- Tak, dokonaliśmy tego. – odrzekł z uśmiechem Dumbledore.
- Tak? – zapytał ostro pan Malfoy. – I kim on jest?
- To ta sama osoba, co ostatnio, Lucjuszu. Ale tym razem Lord Voldemort działał przez kogoś innego. Posłużył się tym dziennikiem.
Podniósł małą czarną książeczkę, z wypaloną na środku dziurą, obserwując Malfoya uważnie. Gaby i Harry jednak obserwowali Zgredka.
Skrzat wyczyniał dziwne rzeczy. Utkwił w nich swoje wielkie oczy, wybałuszył je znacząco i wciąż wskazywał to na dziennik, to na pana Malfoya, a jednocześnie grzmocił się pięścią po głowie.
- Ach tak… – powiedział wolno pan Malfoy.
- Sprytny plan. – rzekł Dumbledore, wciąż patrząc panu Malfoyowi prosto w oczy. – Bo gdyby nie ci oto Gabrielle i Harry… – pan Malfoy obrzucił ich krótkim, ostrym spojrzeniem. – i ich przyjaciel Ron nie znaleźli książeczki… no cóż, cała wina spadłaby na biedną Ginny Weasley. Nikt nie zdołałby udowodnić, że nie działała z własnej woli.
Pan Malfoy milczał. Jego twarz przypominała teraz maskę.
- A wyobraź sobie – ciągnął Dumbledore. – co mogłoby się wówczas stać… Weasleyowie należą do naszych najbardziej promiennych rodzin czystej krwi. Łatwo sobie wyobrazić konsekwencje tego wszystkiego dla Artura Weasleya i jego Ustawy o Ochronie Mugoli, gdyby się okazało, że jego rodzona córka atakuje i uśmierca czarodziejów urodzonych w mugolskich rodzinach. Na szczęście dziennik znaleziono, a wspomnienia Riddle’a zostały z niego usunięte. Kto wie, do czego by mogło dojść, gdyby tak się nie stało…
Pan Malfoy zmusił się, do wypowiedzenia dwóch słów.
- Wielkie szczęście. – powiedział bezbarwnym głosem.
A schowany za nim Zgredek wciąż wskazywał to na dziennik, to na Lucjusza Malfoya, okładając się pięścią po głowie.
Zarówno Gaby, jak i Harry nagle zrozumieli. Skinęli na Zgredka, a ten cofnął się do kąta, gdzie zaczął się tarmosić za uszy.
- Nie chciałby nam pan powiedzieć, w jaki sposób ten dziennik trafił w ręce Ginny, panie Malfoy? – zapytała Gabrielle.
Lucjusz Malfoy odwrócił się do niej.
- A niby skąd mam wiedzieć, gdzie go znalazła ta głupia dziewczyna? – warknął.
- Bo to pan jej go dał. – powiedział Harry. – W „Esach i Floresach”. Wziął pan do ręki jej stary podręcznik transmutacji i wsunął do środka dziennik, prawda?
Białe dłonie pana Malfoya zacisnęły się, a następnie rozluźniły.
- Udowodnijcie to. – syknął.
- Och, tego nikt nie jest w stanie udowodnić – rzekł Dumbledore, uśmiechając się do Gaby i Harry’ego. – skoro Riddle’a już nie ma w tej książeczce. Radziłbym ci jednak, Lucjuszu, żebyś już więcej nie rozdawał starych rzeczy Lorda Voldemorta. Gdyby coś jeszcze trafiło w niepowołane a niewinne ręce, to na przykład taki Artur Weasley na pewno by wyśledził ich źródło…
Lucjusz Malfoy zesztywniał, a Gabrielle zobaczyła, że prawa ręka drgnęła mu lekko, jakby chciał sięgnąć po różdżkę. Powstrzymał się jednak i odwrócił do swojego domowego skrzata.
- Idziemy, Zgredku!
Gwałtownym ruchem otworzył drzwi, a kiedy skrzat podbiegł, wyrzucił go przez nie kopniakiem. Jeszcze długo słyszeli żałosne piski Zgredka. Gabrielle nie ruszała się z miejsca, myśląc o czymś gorączkowo.
- Panie profesorze – powiedziała w końcu. – czy możemy oddać ten dziennik panu Malfoyowi?
- Oczywiście, że możecie. – odrzekł spokojnie Dumbledore. – Ale pospieszcie się. Wyprawiamy dzisiaj ucztę, pamiętacie?
Gaby chwyciła jedną ręką dziennik, drugą rękaw szaty Harry’ego i wyszli szybkim krokiem z gabinetu.
- Co ty kombinujesz? – zapytał Harry, patrząc na nią z zaciekawieniem.
- Zaraz zobaczysz. – odparła tylko z uśmiechem i pognała biegiem przez korytarz, a chłopak pokręcił głową z niedowierzaniem i popędził za nią.

Rozdział sześćdziesiąty

Leczące łzy, „jesteśmy kwita”, obłąkany profesor i niesamowity lot
Harry znów zaczął się szamotać, mając nadzieję, że uda mu się całkowicie wydostać spod ogona bazyliszka. Po chwili jednak ucisk zelżał odrobinę, a potem ogon po prostu opadł na kamienną posadzkę z głośnym plaśnięciem. Chłopak pomyślał, że najwidoczniej Gabrielle udało się zrobić dobry pożytek z miecza. Zaczął się za nią rozglądać po Komnacie, ale nigdzie jej nie widział. W końcu jego wzrok zatrzymał się na jakieś bladej postaci leżącej pod ścianą, która wyrywała sobie coś z ramienia. Obok niej leżał wielki, srebrny miecz.
Harry podbiegł szybko do postaci, w której rozpoznał Gabrielle. Jego serce tłukło mu się w piersi, jakby zaraz miało wyskoczyć.
- Gaby… – szepnął, klękając i patrząc na jej bladą twarz. – Co się…
- Jad z kła bazyliszka… – powiedziała ochrypłym głosem, z trudem poruszając ramieniem. – Harry, już za późno… Proszę cię, powiedz mojemu bratu…
- Ale nie możesz… – wyjąkał. – Nie tak… nie ty…
Dziewczyna tylko westchnęła cicho, a jej powieki opadały coraz bardziej.
Nagle Harry poczuł muśnięcie czegoś miękkiego na policzku. Były to pióra Fawkesa, który usiadł na jego nodze. Wtem coś zaświtało chłopakowi w głowie.
- Fawkes… – szepnął, najciszej jak umiał. – Zobacz, co się stało Gabrielle… Jest ranna… Proszę, pomóż jej.
Ptak spojrzał na ranę, po czym delikatnie przycisnął swoją cudowną głowę do ramienia dziewczyny.
- Fawkes, byłeś wspaniały. – mruknęła Gaby, najwyraźniej wiedząc, że to on.
Wtem Harry usłyszał za sobą szybkie kroki i ktoś się nad nimi zatrzymał.
- Jesteś już martwa, Gabrielle Glacius. – rozległ się nad nimi głos Riddle’a. – Martwa. Wie o tym nawet ptak Dumbledore’a. Wiesz, co on robi, Glacius? Płacze.
Dziewczyna zamrugała powiekami, a Harry zauważył, że po ognistych piórach Fawkesa toczyły się perłowe łzy.
- Pozwolę Potterowi patrzeć razem ze mną na twoją śmierć, Gabrielle. Potem jego również zabiję… ale mamy czas. Nigdzie się nie spieszę.
Harry patrzył zrozpaczony na Gaby, mając nadzieję, że jego pomysł zadziała. Na razie jednak nic na to nie wskazywało.
- I tak skończy słynna Gabrielle Glacius. – rzekł uroczyście Riddle. – Samotna w Komnacie Tajemnic, zapomniana przez przyjaciół, zwyciężona w końcu przez Czarnego Pana, którego tak nierozważnie wyzwała na pojedynek. Wkrótce wrócisz do swojego wuja, Gabrielle… Kupił ci dwanaście lat pożyczonego życia… ale Lord Voldemort w końcu cię dopadł. Przecież wiedziałaś, że tak się musi stać.
Dziewczyna jednak nie umierała, wręcz przeciwnie. Zaczęła nabierać kolorów, a po chwili nawet potrząsnęła głową i spojrzała na swoje ramię, jakby szukając rany po kle bazyliszka, tyle że… nie było żadnej rany…
- Uciekaj ptaku! – rozległ się nagle głos Riddle’a. – Zostaw ją! Powiedziałem, uciekaj!
Gaby podniosła głowę, a Harry się odwrócił. Riddle celował różdżką w Fawkesa; huknęło, jakby ktoś wystrzelił, i feniks wzleciał w powietrze jak złoto-szkarłatny wir.
- Łzy feniksa… – powiedział cicho Riddle, wpatrując się w ramię Gabrielle. – Oczywiście… uzdrawiająca moc… zapomniałem… – Spojrzał dziewczynie w oczy. – Ale to niczego nie zmienia. Właściwie… może nawet lepiej. Tylko wy i ja… wy i ja…
Uniósł różdżkę, celując w dziewczynę.
I znowu załopotały skrzydła feniksa i coś upadło Harry’emu na podołek. Dziennik.
Przez ułamek sekundy wszyscy troje, Harry, Gaby i Riddle wpatrywali się w czarną książeczkę. Potem, Gabrielle podała kieł bazyliszka Harry’emu, a ten bez namysłu, bez wahania, jakby zamierzał to zrobić od dawna, uniósł rękę i z całej siły wbił kieł w czarny notes.
Rozległ się długi, straszny, przeszywający krzyk. Z dziennika chlusnęły strumienie atramentu, zalewając Harry’emu dłonie, ściekając na podłogę. Riddle skręcał się, zwijał i miotał, wrzeszcząc przeraźliwie… i nagle…
Zniknął. Różdżka Harry’ego upadła z trzaskiem na posadzkę i zapadła cisza, przerywana tylko równomiernym kapaniem atramentu wciąż ściekającego z dziennika. Jad bazyliszka wypalił w nim skwierczącą dziurę.
- Udało się. – szepnęła Gaby.
- Taak, udało. – odparł Harry, podnosząc się na nogi, a potem spoglądając na Gabrielle. Wyglądała już całkiem dobrze. Po ranie zostały tylko ślady krwi na szacie. Chłopak wyciągnął do niej rękę.
- Dzięki. – powiedziała dziewczyna, łapiąc jego dłoń i wstając z podłogi, jednocześnie dygocąc na całym ciele. – No i… dzięki za uratowanie życia. Teraz jesteśmy kwita, nie? – dodała z uśmiechem.
- Niezupełnie. – mruknął Harry, patrząc, jak uśmiech znika jej z twarzy, ustępując wyrazowi niezrozumienia. – To dzięki Fawkesowi żyjesz, ja nic nie zrobiłem.
- Nieprawda. – zaprzeczyła. – Poprosiłeś Fawkesa, żeby mi pomógł, ale to twoja zasługa, bo pamiętałeś, że łzy feniksa są w stanie uleczyć każdą ranę.
Harry pokręcił tylko ze zrezygnowaniem głową, odwrócił się i ruszył w kierunku swojej różdżki.
- A myślisz, że co? – zapytała Gaby, łapiąc go za ramię i odwracając przodem do siebie. – Że w zeszłym roku, jak ty upadałeś na posadzkę, ja skoczyłam na podłogę, tym samym podrażniając sobie zranioną nogę, żeby tylko cię uratować? Otóż nie, wcale tak nie było. Ja już byłam na tej podłodze i jak spadałeś, to po prostu lekko się przesunęłam. To wszystko. Nie było to nic wielkiego, co?
- Ale…
- Nie ma żadnego „ale”. – przerwała mu stanowczo. – Jesteśmy kwita i tyle. Już nigdy więcej, nikt nikomu nie będzie życia ratował.
Harry patrzył na jej twarz, która wyglądała bardzo surowo, jak na nią. Na ten widok uśmiechnął się szeroko.
- No dobra. – powiedział. – Nikt nie będzie już nikogo ratował.
Gaby starała się zachować jeszcze surową minę, ale jej się to nie udało. Po chwili wybuchnęła szczerym śmiechem.
- Skoro już się rozumiemy… – zaczęła. – To przyszedł czas na żółwika, za to, że po raz kolejny udało nam się przeżyć!
Zaśmiali się i przybili żółwika.
Potem Harry podniósł swoją różdżkę, a Gaby wzięła Tiarę Przydziału i razem ruszyli w stronę łba bazyliszka. Chłopak chwycił za rękojeść miecza i szarpnął mocno, wyciągając błyszczącą klingę z czarnego podniebienia potwora.
Wtedy usłyszeli słaby jęk dochodzący z końca Komnaty. Ginny poruszyła się. Harry i Gabrielle podbiegli do niej, a ona usiadła. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała na martwego bazyliszka, na Harry’ego całego w atramencie, na Gaby w zakrwawionej szacie, potem na dziennik, który dziewczyna trzymała w ręku. Rudowłosa westchnęła głęboko i łzy zaczęły spływać po jej policzkach.
- Harry… Gaby… próbowałam wam powiedzieć na ś-śniadaniu, ale n-nie mogłam tego zrobić przy Percym. Tak, to ja… ale… p-przysięgam, ja tego nie chciałam… to R-Riddle mnie do tego z-zmusił, on mnie opętał… i… jak wam się udało zabić to… to coś? G-gdzie jest Riddle? Ostatnie, co p-pamiętam, to jak wychodził z dziennika i…
- Uspokój się, już po wszystkim. – powiedział Harry, wskazując na dziennik, który trzymała Gabrielle. – Nie ma już Riddle’a. Popatrz! Jego i bazyliszka. Chodź, Ginny, musimy się stąd wydostać…
- Na pewno mnie wyrzucą! – zaszlochała Ginny, kiedy Gaby pomogła jej stanąć na nogach. – Tak marzyłam o Hogwarcie, odkąd wrócił z niego B-Bill, a t-teraz mnie wyrzucą i… c-co powiedzą rodzice?
- Spokojnie, Ginny, nikt cię nie wyrzuci. – zapewniła ją Gabrielle i przytuliła ją mocno. – Nikt nie będzie cię za to wszystko obwiniał.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Fawkes czekał na nich w wejściu do Komnaty. Przeszli koło martwych splotów bazyliszka, między dwoma rzędami wężowych kolumn i wrócili do mrocznego tunelu. Kamienne drzwi zasunęły się za nimi z cichym sykiem.
Po kilku minutach wędrówki ciemnym tunelem, Harry usłyszał odległy chrobot kamieni.
- Ron! – zawołał, przyspieszając kroku. – Ginny żyje! Jest tutaj!
Dobiegł ich przytłumiony okrzyk radości Rona.
- Taak, z nami też wszystko okej, jakbyś pytał. – krzyknęła Gabrielle, a kiedy minęli następny zakręt korytarza, zobaczyli rozradowaną twarz Rona, wyglądającą przez dziurę, którą udało mu się wygrzebać w gruzowisku.
- Ginny! – Ron wyciągnął ręce przez dziurę, żeby wciągnąć ją pierwszą. – Żyjesz! Nie mogę w to uwierzyć! Co się stało?
Chciał ją przytulić, ale Ginny odepchnęła go lekko, łkając.
- No, ale żyjesz i jesteś zdrowa. – powiedział rudzielec, uśmiechając się do niej. – Już po wszystkim, już… A skąd się wziął ten ptak?
Przez dziurę przeleciał Fawkes.
- To ptak Dumbledore’a. – powiedziała Gaby, przełażąc do nich.
- I skąd masz ten miecz? – zdumiał się Ron, gapiąc się na błyszczący oręż w ręku Harry’ego.
- Wyjaśnimy ci, kiedy stąd wyjdziemy. – odrzekł Harry, zerkając z ukosa na Ginny.
- Ale…
- Później. – uciął Harry. W obecności Ginny nie bardzo chciał mówić, kto otworzył Komnatę. – Gdzie jest Lockhart?
- Tam, z tyłu. – rzekł Ron, szczerząc zęby i wskazując głową w kierunku, z którego tu przyszli. – Nie jest w najlepszym stanie. Zresztą sami zobaczycie.
Prowadzeniu przez feniksa, którego szerokie szkarłatne skrzydła promieniowały złotą poświatą, wrócili do wylotu rury. Siedział tam Gilderoy Lockhart, nucąc coś pod nosem.
- Stracił pamięć. – wyjaśnił Ron. – Jego Zaklęcie Zapomnienia zadziało do tyłu. No, wiecie, korzystał z mojej różdżki… Walnęło w niego, zamiast w nas. Nie ma pojęcia, kim jest, gdzie jest i kim my jesteśmy. Powiedziałem mu, żeby tutaj poczekał. Może sobie zrobić krzywdę.
Lockhart spojrzał na nich dobrodusznie.
- Witajcie. – powiedział. – To dziwne miejsce, prawda? Mieszkacie tutaj?
- Nie. – odrzekł Ron, patrząc na Harry’ego i śmiejącą się Gabrielle. – A właśnie…
Ron sięgnął do kieszeni swojej szaty i wyjął z niej różdżkę.
- To chyba twoje? – spytał Gaby.
- O, dzięki Ron. – odparła z uśmiechem. – Lumos. – szepnęła i koniec różdżki zapalił się.
- Nie ma sprawy. – mruknął chłopak.
Harry w tym czasie pochylił się, by zajrzeć w czeluść rury.
- Hej, Ron. – zawołał. – Zastanawiałeś się, w jaki sposób wrócimy na górę?
Ron pokręcił głową, ale feniks Fawkes przemknął obok Harry’ego i unosił się teraz tuż przed nimi; jego paciorkowate oczy migotały w ciemności. Nastroszył długie złote pióra w ogonie. Harry przyglądał mu się niepewnie.
- Sprawia wrażenie, jakby chciał, żebyś go schwycił za ogon… – powiedział Ron z zakłopotaną miną. – przecież jesteś za ciężki, żeby taki ptak cię uciągnął.
- Fawkes – rzekł Harry. – nie jest zwykłym ptakiem. – Odwrócił się szybko do pozostałych. – Każdy niech złapie mocno drugiego. Ron, złap za rękę Gaby. Ginny, złap Rona. Profesorze Lockhart…
- Mówi do ciebie. – powiedział ostro Ron do Lockharta.
- Proszę chwycić drugą rękę Ginny.
Harry włożył za pas miecz, Gabrielle uchwyciła się jego szaty na plecach, a on sam wyciągnął rękę i zacisnął dłoń na dziwnie gorących piórach tworzących ogon feniksa.
Nagle poczuł się dziwnie lekki, a w następnej sekundzie świsnęło i wszyscy pięcioro pomknęli w górę czarnym tunelem rury. Harry słyszał gdzieś za sobą stłumione okrzyki Lockharta: „Zdumiewające! Po prostu jak czary!”. Zimne powietrze targało mu włosy i zanim zdążył nacieszyć się tą niesamowitą jazdą, już się skończyła – wszyscy pięcioro powypadali na mokrą podłogę łazienki Jęczącej Marty, a kiedy Lockhart prostował swoją tiarę, umywalka ukrywająca wylot rury zasuwała się już na swoje miejsce.
Marta zachichotała na ich widok.
- Żyjesz. – bąknęła do Harry’ego.
- Nie widzę powodu do rozczarowania. – odpowiedział ponury, wycierając plamy atramentu i śluzu z okularów.
- Och… Ja tylko… tak sobie pomyślałam… że jeśli umrzesz, to… będziesz mile widziany w mojej toalecie. – powiedziała Marta, rumieniąc się na srebrno.
- Uau! – ucieszyła się Gaby, kiedy opuścili łazienkę i znaleźli się w ciemnym, opustoszałym korytarzu. – Harry! Coś mi się wydaje, że Marta się w tobie zakochała!
- Też tak myślę! – rzekł Ron. – Ginny, masz rywalkę!
Ale po policzkach Ginny wciąż spływały rumieńce łez.
- Gdzie teraz? – zapytał Ron, patrząc z niepokojem to na Harry’ego, to na Gabrielle.
Harry wskazał ręką.
Fawkes ich prowadził, rozjaśniając korytarz złotym blaskiem. Poszli za nim, a w chwilę później znaleźli się przed gabinetem profesor McGonagall.

Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty

Kolejne spotkanie z Lordem, bazyliszek, pomoc tiary i śmiertelny cios
Riddle uśmiechnął się i powiedział:
- Możecie sobie wyobrazić, jak byłem wściekły, kiedy dziennik wpadł w ręce Ginny i to ona do mnie pisała, a nie wy. Potem zobaczyła Harry’ego z dziennikiem i wpadła w panikę. A jeśli odkryjecie, jak on działa, i ja powtórzę wam wszystkie jej sekrety? A jeśli, co gorsza, powiem wam, kto wydusił koguty? No i ta głupia smarkula poczekała, aż w waszym dormitorium nie będzie nikogo i wykradła dziennik. Ale ja wiedziałem, co mam zrobić. Było jasne, że jesteście na tropie dziedzica Slytherina. Z tego, co mi Ginny o was powiedziała, wynikało, że zrobicie wszystko, by wyjaśnić tę tajemnicę… zwłaszcza kiedy została napadnięta tak droga wam przyjaciółka. A Ginny powiedziała mi, że w całej szkole aż huczy, bo wy potraficie mówić językiem węży… Nakłoniłem więc Ginny, żaby napisała na ścianie swoje pożegnanie i ściągnąłem ją tutaj na dół, żeby na was czekać. Wyrywała się i wrzeszczała… prawdę mówiąc, zrobiła się bardzo męcząca… Nie pozostało w niej jednak wiele życia: zbyt dużo przelała w mój dziennik, we mnie. Wystarczyło, bym wreszcie mógł opuścić jego stronice. Wiedziałem, że przyjdziecie. Mam do was wiele pytań, Gabrielle Glacius i Harry Potterze.
- Na przykład? – warknął Harry.
- Na przykład – odrzekł Riddle, uśmiechając się z wdziękiem. – jak to się dzieje, że nieobdarzonym szczególną czarodziejską mocą niemowlakom udało się pokonać największego czarodzieja wszystkich czasów? W jaki sposób ocaleliście, z dwiema zaledwie bliznami, podczas gdy wielki Lord Voldemort utracił swą moc?
W jego wygłodniałych oczach pojawił się dziwny czerwony blask.
- Dlaczego tak cię obchodzi, jak ocaleliśmy? – zapytał powoli Harry. – Voldemort był dawno po tobie.
- Voldemort – powiedział cicho Riddle. – jest moją przeszłością teraźniejszością i przyszłością, Gabrielle Glacius i Harry Potterze.
Wyciągnął z kieszeni różdżkę Harry’ego i zaczął nią wywijać w powietrzu, wypisując świetliste litery:

                         TOM MARVOLO RIDDLE

Potem ponownie machnął różdżką, a litery pozmieniały miejsca:

                         I AM LORD VOLDEMORT

- Widzicie? – wyszeptał. – Tego nazwiska używałem już w Hogwarcie, oczywiście wobec moich najbardziej zaufanych przyjaciół. Myślicie, że będę wiecznie używać nazwiska mojego ojca, nędznego Mugola? Ja, w którego żyłach płynie krew samego Salazara Slytherina poprzez linię mojej matki? Ja mam nosić nazwisko zwykłego plugawego Mugola, który porzucił mnie, zanim się narodziłem, bo się dowiedział, że jego żona jest czarownicą? Nie. Zaprojektowałem sobie nowe nazwisko i wiedziałem, że będą się je bali wymawiać wszyscy czarodzieje, kiedy stanę się największym czarownikiem na świecie!
Gaby czuła się tak, jakby mózg zamienił jej się w mrożoną galaretkę. Wpatrywała się tępo w Riddle’a, chłopca z sierocińca, który dorósł, by zamordować jej wuja, rodziców Harry’ego i tylu innych… W końcu przełamała niemoc i powiedziała z nienawiścią:
- Nie jesteś.
- Czym nie jestem? – prychnął Riddle.
- Nie jesteś największym czarownikiem na świecie. – rzekła Gaby, oddychając szybko i podchodząc do Harry’ego. – Przykro mi, że muszę cię rozczarować, ale największym czarodziejem na świecie jest Albus Dumbledore. Każdy ci to powie. Nawet kiedy byłeś silny, nie próbowałeś opanować Hogwartu. Dumbledore przejrzał cię, kiedy byłeś w szkole i nadal się go boisz, gdziekolwiek się dzisiaj ukrywasz.
Uśmiech spełzł z twarzy Riddle’a, ustępując plugawej wściekłości.
- Wystarczyło moje wspomnienie, żeby Dumbledore został usunięty z zamku. – syknął.
- Nie odszedł na zawsze, jak ci się wydaje! – krzyknął Harry.
Chłopak chyba chciał zranić Riddle’a, dopiec do żywego, choć chyba sam nie wierzył w to, co mówi.
Riddle otworzył usta, lecz nagle zamarł.
Skądś napłynęła muzyka. Riddle obrócił się błyskawicznie, by spojrzeć na pustą komnatę. Muzyka rozbrzmiewała coraz głośniej. Była to dziwna, budząca dreszcze, nieziemska muzyka; Gabrielle włosy zjeżyły się na głowie, serce jej nabrzmiało, tłukąc się w piersi. I kiedy muzyka osiągnęła taką moc, że czuła ją pod żebrami, na szczycie najbliższego filaru buchnęły płomienie.
Pojawił się szkarłatny ptak wielkości łabędzia – to on wyśpiewywał tę dziwną melodię ku pogrążonemu w mroku sklepieniu. Miał połyskujący złoty ogon, długi jak ogon pawia, i złote szpony, w których trzymał jakiś łachman.
W chwilę później ptak poszybował prosto ku Gabrielle i Harry’emu. Upuścił chłopakowi szmatę u jego stóp, a potem usiadł ciężko na ramieniu dziewczyny. Kiedy złożył swoje wielkie skrzydła, Gaby zerknęła w górę i zobaczyła, że ptak ma długi, ostry, złoty dziób i oczy jak czarne paciorki.
Ptak przestał śpiewać. Siedział cicho, wpatrując się w Riddle’a. Gabrielle czuła jego ciepło na policzku.
- To jest feniks… – powiedział Riddle, przyglądając mu się bystro.
- Fawkes? – szepnęła dziewczyna i poczuła, jak złote pazury ptaka zaciskają się delikatnie na jej ramieniu.
- A to… – rzekł Riddle, patrząc teraz na szmatę, którą Fawkes upuścił. – to jest stara szkolna Tiara Przydziału.
Tak było. Połatana, postrzępiona i wyświechtana, leżała u stóp Harry’ego.
Riddle wybuchnął śmiechem. Śmiał się tak głośno, że cała komnata dźwięczała tym śmiechem, jakby śmiało się z dziesięciu Riddle’ów na raz.
- A więc to Dumbledore przysyła swoim obrońcom! Śpiewającego ptaka i stary kapelusz! Czujecie się dzielniejsi, Gabrielle Glacius i Harry Potterze? Czujecie się teraz bezpieczniejsi?
Ani Gaby, ani Harry nie odpowiedzieli. Najwyraźniej obydwoje nie mieli pojęcia, jaki może być pożytek z Fawkesa czy Tiary Przydziału, ale nie byli już sami i z rosnącą otuchą w sercach czekali, aż Riddle przestanie się śmiać.
- Do rzeczy. – powiedział Riddle, wciąż uśmiechnięty. – Spotkaliśmy się dwukrotnie: w waszej przeszłości, w mojej przyszłości. I dwukrotnie nie udało mi się was zabić. W jaki sposób przeżyliście? Powiedzcie mi wszystko. Im dłużej rozmawiamy – dodał łagodnie. – tym dłużej żyjecie.
Gabrielle myślała gorączkowo, obliczając szanse. Riddle miał różdżkę. Oni mieli Fawkesa i Tiarę Przydziału. W pojedynku niewiele mogli im pomóc. Ich sytuacja nie przedstawiała się najlepiej. Im dłużej jednak Riddle mówił, tym więcej życia uchodziło z Ginny… a… sam Riddle… tak, dziewczyna nagle to dostrzegła… kontury jego postaci robiły się coraz wyraźniejsze, coraz bardziej realne. Jeśli ma dojść do walki, lepiej żeby doszło do niej jak najprędzej.
- Nikt nie wie, dlaczego utraciłeś swą moc po zaatakowaniu nas. – powiedział Harry. – My sami tego nie wiemy. Wiemy jednak, dlaczego nie mogłeś nas zabić. A nie mogłeś nas zabić, bo wuj Gabrielle i moja matka oddali za nas życia. Moja zwykła, urodzona w mugolskiej rodzinie matka. – dodał, cały dygocąc. – To oni powstrzymali się od odebrania nam życia. A my widzieliśmy prawdziwego ciebie, zobaczyliśmy cię w ubiegłym roku. Jesteś wrakiem. Jesteś prawie trupem. Ukrywasz się w cudzej skórze. Jesteś szpetny, plugawy!
Twarz Riddle’a wykrzywił ohydny grymas, lecz po chwili zmusił się do strasznego uśmiechu.
- A więc to tak. Lily Potter i Ksawier Patterson umarli, by was ocalić. Tak, to jest potężne przeciwzaklęcie. Teraz rozumiem… W was nie ma nic szczególnego. Długo się nad tym zastanawiałem. Bo… widzicie, między nami jest dziwne podobieństwo, bo znamy mowę wężów, chyba jako jedyni w dziejach Hogwartu od czasów samego wielkiego Slytherina. Ale więcej wspólnego mam z tobą, Harry. – rzekł, spoglądając na chłopaka. – Nawet ty musiałeś to zauważyć. Obaj jesteśmy półkrwi czarodziejami, sierotami wychowanymi przez Mugoli… I oto okazuje się, że i ciebie, i Gabrielle uratował tylko szczęśliwy przypadek. – To wszystko, co chciałem wiedzieć.
Gaby i Harry stali, cali napięci, czekając, aż Riddle uniesie różdżkę. Ale Riddle znowu uśmiechnął się szeroko.
- A teraz, udzielę wam małej lekcji. Niech zmierzy się moc Lorda Voldemorta, Dziedzica Salazara Slytherina, z mocami Gabrielle Glacius i Harry’ego Pottera, wyposażonych w najlepszy oręż, na jaki było stać starego Dumbledore’a.
Rzucił rozbawione spojrzenie na Fawkesa i Tiarę Przydziału, po czym odszedł. Gaby, czując strach paraliżujący jej nogi, patrzyła, jak Riddle zatrzymuje się między wysokimi kolumnami i spogląda na kamienną twarz Slytherina, piętrzącą się nad nim w półmroku. Otworzył szeroko usta i zasyczał – lecz dziewczyna i Harry zrozumieli, co mówi.
- Przemów do mnie, Slytherinie, największy z czwórki Hogwartu.
Harry obrócił się, żeby spojrzeć na posąg, a po chwili Gabrielle zrobiła to samo; Fawkes zakołysał się na jej ramieniu.
Kamienna twarz posągu drgnęła. Usta otwierały się coraz szerzej i szerzej, tworząc olbrzymią dziurę.
Coś się kłębiło wewnątrz tych ust. Coś wyślizgiwało się z czarnej czeluści.
Gaby i Harry cofali się powoli, aż uderzyli plecami o ścianę Komnaty, a kiedy dziewczyna zacisnęła powieki, poczuła, że skrzydło Fawkesa muska jej policzek, jakby ptak zamierzał odlecieć. Miała ochotę zawołać: „Nie zostawiaj mnie!”… ale cóż za szansę ma feniks w walce z królem wężów?
Coś wielkiego spadło na kamienną posadzkę: dziewczyna poczuła, jak podłoże zadrżało. Wiedziała, co się dzieje, wyczuwała to, prawie widziała gada wysuwającego się z ust Slytherina. A potem usłyszała syk Riddle’a:
- Zabij ich.
Bazyliszek zbliżał się powoli. Gabrielle słyszała złowrogi szept łusek na zakurzonej posadzce.
- Musimy się rozdzielić. – powiedział Harry i ze swej lewej strony usłyszała tupot stóp. Postanowiła więc pobiec w lewo.
- Panie mają pierwszeństwo, więc… – zaczął Riddle, po czym syknął. – Najpierw dziewczyna.
Gaby zaczęła uciekać na oślep, nie otwierając oczu, wyciągając przed siebie ręce jak ślepiec i macając nimi bezradnie. Riddle śmiał się przeraźliwie…
Nagle się potknęła. Upadła na kamienną posadzkę i poczuła smak krwi. Wąż był już blisko, słyszała go, czuła.
Gdzieś w górze, nieco na prawo do niej, rozległo się nagle donośne plaśnięcie i potem głośne: ŁUUUP! Chwilę później Gaby coś ciężkiego ugodziło z taką siłą, że rzuciło ją na ścianę. Czekając na kły, które zatopią się w jej ciele, usłyszała rozwścieczony syk i głuchy łoskot cielska walącego raz po raz w kamienne filary.
Nie mogła już dłużej wytrzymać. Rozchyliła powieki na tyle, by rzucić okiem na to, co się dzieje.
Olbrzymi, jadowicie zielony wąż, gruby jak pień dębu, sprężył pionową część cielska, tak że jego wielki łeb kołysał się między kolumnami. Drżąc ze strachu, gotowa natychmiast zamknąć powieki, Gabrielle dostrzegła wreszcie, co odciągnęło uwagę węża od niej.
Nad potwornym łbem krążył Fawkes, a bazyliszek atakował go wściekle, usiłując dosięgnąć kłami długimi i ostrymi jak szable.
Fawkes zanurkował. Jego długi złoty dziób nagle zniknął, a po chwili na podłogę lunął strumień czarnej krwi. Ogon gada przeleciał ze świstem tuż obok Gaby, uderzając w posadzkę. Zanim zdążyła zamknąć oczy, potwór zwrócił ku niej łeb. Dziewczyna ujrzała, że wypukłe żółte oczy bazyliszka są przekłute przez feniksa; krew tryskała z nich na posadzkę, a wąż pluje jadem z bezsilnej wściekłości.
- Nie! – krzyknął Riddle. – Zostaw ptaka! Zostaw ptaka! Za tobą jest dziewczyna! A niedaleko niej chłopak! Możesz wyczuć jednego z nich węchem. Zabij ich!
Oślepiony wąż zakołysał się, wciąż śmiertelnie groźny. Fawkes krążył nad jego łbem, wyśpiewując swoją dziwną pieśń i raz za razem zadając mu potężne ciosy złotym dziobem.
- Pomocy, pomocy. – bełkotała Gabrielle nieprzytomnie, podbiegając do Harry’ego. – Niech nam ktoś pomoże… ktokolwiek!
Ogon węża ponownie omiótł posadzkę. Harry i Gaby zrobili unik. Coś uderzyło chłopaka w twarz.
- Co to..? – mruknął.
Bazyliszek zagarnął ogonem Tiarę Przydziału i przypadkowo cisnął ją w ramiona Harry’ego. Chłopak złapał ją. To wszystko, co im pozostało, ich ostatnia szansa. Włożył ją na głowę i rozpłaszczył się na podłodze obok Gabrielle, kiedy bazyliszek ponownie machnął ogonem.
Gaby przyglądała się przyjacielowi, który chyba prosił o pomoc. Nagle tiara skurczyła się, jakby jakaś niewidzialna ręka ścisnęła ją z całej siły, a Harry jęknął z bólu i opadł całkiem na podłogę. Dziewczyna sięgnęła ręką po tiarę i wyczuła pod nią coś długiego i twardego.
Spod tiary wyłonił się błyszczący srbebrny miecz, z rękojeścią wysadzaną rubinami wielkości kurzych jajek. Harry podniósł go i powiedział:
- Odejdź gdzieś dalej.
- Ale… – zaczęła Gaby.
- Idź. – rozkazał Harry, a dziewczyna cicho odbiegła w lewą stronę.
- Zabij ich! Zostaw ptaka! Chłopak i dziewczyna są za tobą! Węsz… wyczuj ich węchem!
Harry stał już na rozkraczonych nogach, gotów do walki. Łeb bazyliszka opadał powoli, a potworne cielsko zwijało się w sploty. Potwór odwrócił się głową w stronę Gaby, a ogonem przycisnął Harry’ego do ściany, nie dając mu szansy na żaden ruch. Gabrielle widziała olbrzymie, krwawiące oczodoły bazyliszka, widziała rozwarty szeroko pysk, dość szeroki, by połknąć ją lub Harry’ego w całości, widziała rząd kłów długich jak miecz jej przyjaciela, cienkich, połyskujących, jadowitych…
Łeb wystrzelił ku niej na oślep. Cofnęła się i uderzyła plecami w ścianę. Bazyliszek zaatakował po raz drugi, a rozwidlony język chlasnął ją w bok.
- Gaby, miecz! – wrzasnął Harry, który jakoś zdołał wydostać ręce spod ogona potwora i rzucił miecz na podłogę, który ze ślizgiem zatrzymał się dwie stopy od niej.
Dziewczyna kucnęła i podczołgała się do miecza. Gdy dotknęła miecza, on od razu pokrył się lodem. Prawdziwym lodem. Jednak Gryfonka nie zwróciła na to szczególnej uwagi. Kiedy tylko się wyprostowała z dłońmi mocno zaciśniętymi na rękojeści, zdezorientowany bazyliszek odwrócił w jej stronę wielki łeb i zaatakował ponownie. Jego paszcza rozwarła się tuż nad nią, a ona wbiła miecz aż po rękojeść w czarne podniebienie gada.
Ciepła posoka zalała jej ramiona. Poczuła ostry ból tuż nad prawym łokciem. Jeden długi, jadowity kieł ugodził ją w ramię i zagłębiał się coraz bardziej, aż w końcu pękł, gdy bazyliszek szarpnął łbem i padł na kamienną posadzkę.
Gabrielle osunęła się po ścianie. Chwyciła kieł, który sączył w nią jad, i wyrwała go z ramienia. Wiedziała jednak, że było już za późno. Po jej ciele rozchodził się powoli ostry, piekący ból. Upuściła kieł i patrzyła, jak krew nasącza jej szaty, lecz widziała wszystko przez mgłę. Komnata rozpływała się w wirze mętnych barw.

 ~*~

Tak jest, wróciłam! I teraz mogę Wam powiedzieć, że już żadnych wyjazdów nie będzie! (przynajmniej ja ich nie planuje xD) No, to teraz mam nadzieję, że wszystko wróci do normy i będę mogła normalnie pisać :) Do napisania za tydzień! :D

Rozdział pięćdziesiąty ósmy

Dotknięty rykoszetem, samotna wędrówka, Ginny, i „głodny” Riddle
Tunel był tak ciemny, że niewiele widzieli przed sobą. Ich cienie na wilgotnych ścianach poruszały się jak mroczne widma.
- Pamiętajcie – powiedział cicho Harry. – kiedy tylko usłyszycie lub zobaczycie jakiś ruch, natychmiast zamknijcie oczy…
Ale w tunelu było cicho jak w grobie, a pierwszym nieoczekiwanym odgłosem, jaki usłyszeli, było donośne chrupnięcie, kiedy Ron nadepnął na coś, co okazało się czaszką szczura. Gaby opuściła różdżkę, żeby przyjrzeć się posadzce i zobaczyła, że jest zasłana kośćmi małych zwierząt. Starała się nie myśleć o tym, jak będzie wyglądać Ginny, kiedy ją odnajdą. Harry tymczasem prowadził ich ciemnym tunelem, który zakręcał teraz łagodnie.
- Ej, tam coś jest… – rozległ się ochrypły głos Rona.
Zamarli, wbijając oczy w ciemność. Gabrielle stanęła obok Harry’ego, a tam dostrzegła zarys czegoś wielkiego i poskręcanego, co leżało przed nimi w tunelu. Nie poruszało się.
- Może śpi. – wydyszała dziewczyna, odwracając się, żeby spojrzeć na Rona i Lockharta.
Lockhart przyciskał dłonie do oczu. Gaby znowu odwróciła głowę w kierunku tego czegoś, a serce biło jej tak szybko, że aż bolało.
Harry powoli ruszył do przodu, Gabrielle za nim, wyciągając przed sobą różdżkę. Idąc, mrużyła oczy tak, że ledwo widziała przez wąskie szparki powiek.
Światło ześliznęło się po olbrzymiej, jadowicie zielonej skórze węża, spoczywającej w splotach na podłodze tunelu. Potwór, który ją zrzucił, musiał mieć przynajmniej dwadzieścia stóp.
- O rany… – szepnął Ron.
Nagle coś się za nimi poruszyło. Gilderoyowi Lockhartowi kolana odmówiły posłuszeństwa.
- Wstawaj. – powiedział ostro Ron, celując w niego różdżką.
Lockhart wstał… a potem rzucił się na chłopaka, zwalając go z nóg.
Gaby i Harry skoczyli do przodu, ale zrobili to za późno. Lockhart zdążył się wyprostować. Dyszał ciężko, ale uśmiech wrócił na jego twarz. W ręku trzymał różdżkę Rona.
- Koniec przygody, dzieci! – powiedział swoim dawnym tonem. – Wezmę kawałek tej skóry, powiem im, że było za późno, żeby uratować dziewczynkę, wy troje w tragiczny sposób postradaliście rozum na widok jej poszarpanego ciała. Pożegnajcie się ze swoimi wspomnieniami!
Uniósł oklejaną taśmą różdżkę Rona i ryknął:
- Obliviate!
Różdżka eksplodowała z siłą małej bomby. Harry złapał Gabrielle za rękę, wytrącając z niej różdżkę i rzucił się do przodu. Ślizgając się na skórze węża, zdążyli umknąć przed wielkimi kawałkami sufitu, które waliły się na podłogę. W następnej chwili stali samotnie wpatrując się w piętrzącą się przed nimi ścianę gruzu.
- Ron! – krzyknął Harry. – Nic ci nie jest? Ron!
- Jestem tutaj! – dobiegł ich zduszony głos Rona spoza zwaliska gruzu. – Nic mi się nie stało. Ale ten parszywiec… chyba go rozsadziło.
Rozległ się głuchy łomot, a potem głośne „auu!”. Sprawiało to wrażenie, jakby Ron z całej siły kopnął Lockharta w goleń.
- Co teraz? – rozległ się głos Rona, brzmiący raczej rozpaczliwie. – Nie przejdziemy. Potrwa całe wieki, zanim się przekopiemy. Chociaż nie! Czekajcie!
Gaby usłyszała tupot, jakby ktoś biegł, a po chwili dźwięk ucichł.
- Znalazłem różdżkę! – krzyknął Ron, najwyraźniej uradowany. – Teraz potrzebne tylko jakiekolwiek zaklęcie destrukcyjne…
- Nie! Ron, stój! – zawołała rozpaczliwie dziewczyna, choć poczuła ulgę, że różdżka jest cała. – To moja! Nie używaj jej!
- Czemu? – zapytał.
- Jest bardzo kapryśna. – odparła. – Słucha tylko mnie. Raz, jak George chciał jej użyć, to go sprądowała. Poza tym gdybyś użył jakiegoś zaklęcia, wszystko mogłoby się zawalić.
- Okej. – powiedział zrezygnowanym tonem Ron. – Włożyłem ją do kieszeni. Ale… co teraz?
Spoza ściany gruzu rozległo się kolejne głuche łupnięcie i jeszcze jedno „auu!”. Tracili czas. Ginny już od wielu godzin jest w Komnacie Tajemnic. Gaby zrozumiała, że mają tylko jedno wyjście.
- Poczekaj tutaj! – zawołał Harry do Rona, najwyraźniej myśląc o tym samym co Gabrielle. – Czekaj tu z Lockhartem. My idziemy dalej. Jeśli nie wrócimy w ciągu godziny… – zawiesił głos.
- Spróbuję usunąć trochę tego gruzu. – odezwał się Ron, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie. – Więc będziecie mogli… będziecie mogli wrócić. I… Harry… Gaby…
- Niedługo się zobaczymy. – powiedział Harry, próbując brzmieć przekonująco.
I ruszyli samotnie naprzód, mijając skórę olbrzymiego węża.
Wkrótce umilkł hałas, który robił Ron, starając się poszerzyć wyłom w ścianie gruzu. Tunel wciąż zmieniał kierunek. Każdy nerw w ciele Gabrielle był boleśnie napięty. Bardzo chciała, żeby tunel się już skończył, a jednocześnie bardzo się bała, co spotka na końcu. I wreszcie, kiedy minęli jeszcze jeden zakręt, zobaczyli przed sobą solidny mur, na którym wyrzeźbione były dwa splecione ze sobą węże z oczami z wielkich, połyskujących szmaragdów.
Gaby podeszła za Harrym do ściany, czując dziwną suchość w gardle. Nie było potrzeby udawać, że kamienne węże są żywe, bo ich oczy naprawdę wyglądały jak żywe.
- Może teraz ja? – spytała dziewczyna, domyślając się, co trzeba zrobić.
Harry kiwnął głową i cofnął się, żeby Gabrielle dobrze widziała drzwi. Odchrzaknęła i wydało jej się, że szmaragdowe oczy drgnęły.
- Otwórz się. – rozkazała cichym sykiem.
Węże rozdzieliły się, pojawiła się szczelina i dwie połowy muru rozsunęły się gładko, ginąc w ścianie. Harry podszedł do Gaby i ramię w ramię weszli do środka.
Po chwili stali na końcu bardzo długiej komnaty wypełnionej dziwną zielonkawą poświatą. Wysokie kamienne kolumny, ozdobione takimi samymi splecionymi wężami, wspierały sklepienie ginące w mroku, rzucając długie czarne cienie.
Gabrielle serce biło mocno, kiedy tak stali wsłuchani w przejmującą dreszczem ciszę. Może bazyliszek czai się gdzieś w mrocznym kącie albo za filarem? I gdzie jest Ginny?
Harry wyciągnął różdżkę i w jej świetle zaczęli iść między wężowymi kolumnami. Każdy ostrożny krok rozbrzmiewał głośnym echem odbijającym się od pogrążonych w cieniu ścian. Dziewczyna miała zwężone oczy, gotowa zacisnąć powieki, gdy tylko spostrzeże jakikolwiek ruch lub usłyszy dźwięk. Puste oczodoły kamiennych węży zdawały się ich śledzić, a kilka razy serce podskoczyło Gabrielle do gardła, bo była pewna, że któreś oko poruszyło się.
A potem, kiedy ona i Harry doszli do ostatniej pary kolumn, ujrzeli na tle ściany posąg wysoki jak sama komnata.
Musieli odchylić głowy, żeby spojrzeć na olbrzymią twarz, osadzoną gdzieś pod sklepieniem Komnaty: była bardzo stara, podobna do małpiej, z długą rzadką brodą, która opadała prawie do skraju pofałdowanej kamiennej szaty czarodzieja, gdzie dwie ogromne stopy spoczywały na gładkiej posadzce komnaty. A pomiędzy stopami, twarzą w dół, leżała mała postać w czarnej szacie, z płomiennymi rudymi włosami.
- Ginny! – wymamrotała Gaby, podbiegając do niej i padając na kolana. Harry opadł obok niej. – Nie bądź martwa! Błagam, nie bądź martwa!
Gabrielle chwyciła dziewczynkę za ramiona i starała się przewrócić ją na plecy. Harry odrzucił różdżkę, żeby jej pomóc. W następnej chwili widzieli jej twarz, białą jak marmur i tak jak marmur zimną. Ale oczy miała zamknięte, więc nie była spetryfikowana. A skoro nie, to musi być…
- Ginny, obudź się, proszę. – powiedział Harry, potrząsając nią rozpaczliwie.
Jej głowa miotała się bezwładnie to w jedną, to w drugą stronę.
- Ona się nie obudzi. – powiedział cichy głos.
Gaby wzdrygnęła się i razem z Harrym obrócili się na kolanach.
O najbliższą kolumnę opierał się wysoki, czarnowłosy chłopiec. Kontury jego postaci były dziwnie zamazane, jakby patrzyli na niego przez zamgloną szybę. Ale nie mogli się mylić.
- Tom… – wyszeptała Gabrielle, wstając. – Tom Riddle?
Riddle pokiwał głową, patrząc to na dziewczynę, to na Harry’ego.
- Co to znaczy, że ona się nie obudzi:? – zapytał chłopak. – Czy ona… czy ona jest…
- Ona wciąż żyje. – odpowiedział Riddle. – Ale ledwo.
Gaby wpatrywała się w niego uważnie. Tom Riddle był w Hogwarcie pięćdziesiąt lat temu, a oto stał przed nimi jako szesnastoletni chłopak, spowity dziwną mglistą poświatą.
- Jesteś duchem? – zapytała niepewnie.
- Wspomnieniem. – odrzekł spokojnie Riddle. – Wspomnieniem zachowanym w dzienniku przez pięćdziesiąt lat.
Wskazał na posadzkę przy olbrzymich stopach posągu. Leżał tam mały czarny notes, który ona, Harry i Ron znaleźli w łazience Jęczącej Marty. Dziewczynę zdziwiło, że dziennik jest tutaj. Chciała zapytać, co on tu robi, ale Harry ją uprzedził.
- Musisz nam pomóc, Tom. – powiedział, unosząc głowę Ginny. – Musimy ją stąd zabrać. Ten bazyliszek… Nie wiemy, gdzie jest, ale może się pojawić w każdej chwili. Błagam cię, pomóż nam…
Riddle nie drgnął. Chłopak wstał i schylił się po swoją różdżkę.
Ale różdżka zniknęła.
- Tom, może widziałeś…
Gaby spojrzała na Riddle’a, który wciąż skakał wzrokiem od niej, do jej przyjaciela i z powrotem… turlając różdżkę Harry’ego między swoimi długimi palcami.
- Dzięki. – powiedział Harry, wyciągając rękę.
Na ustach Riddle’a błąkał się lekki uśmiech. Wciąż wpatrywał się to w niego, to w Gabrielle, bawiąc się leniwie różdżką.
- Słuchaj – powiedziała Gaby naglącym tonem, podchodząc do niego bliżej. – musimy iść! Jeśli nadejdzie bazyliszek…
- Nie przyjdzie, dopóki nie zostanie wezwany. – oznajmił spokojnie Riddle.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała. – Słuchaj, Tom, oddaj Harry’emu różdżkę, może jej potrzebować.
Riddle uśmiechnął się.
- Nie będzie mu potrzebna.
Harry wytrzeszczył oczy.
- Nie będzie mi… – powtórzył. – Co to znaczy?
- Długo czekałem na tę chwilę Harry Potterze i Gabrielle Glacius. – powiedział Riddle. – Na możliwość spotkania się z wami. Porozmawiania z wami.
- Posłuchaj – powiedział Harry, a jego głos drżał ze złości. – chyba nie zdajesz sobie sprawy z sytuacji. Jesteśmy w Komnacie Tajemnic. Możemy porozmawiać później.
- Porozmawiamy teraz. – rzekł Riddle, wciąż szeroko uśmiechnięty, i schował różdżkę Harry’ego do kieszeni.
Gaby wpatrywała się w niego, nie mogąc pojąć, co to za dziwna gra.
- Co się stało z Ginny? – zapytała powoli.
- Cóż, to bardzo interesujące pytanie. – odparł uprzejmie Riddle. – I dość długa opowieść. Przypuszczam, że prawdziwą przyczyną stanu, w którym się znalazła Ginny, była jej naiwność i nieostrożność. Otworzyła swe serce i wyjawiła wszystkie sekrety niewidzialnemu obcemu.
- O czym ty mówisz? – zapytał Harry.
- O dzienniku. O moim dzienniku. Mała Ginny pisała w nim całymi miesiącami, zdradzając mi swoje wszystkie lęki i żale: jak dręczyli ją bracia, jak musiała pójść do szkoły z używanymi szatami i książkami, jak… – oczy mu rozbłysły. – jak słynny, dobry, wielki Harry Potter nie zwraca na nią najmniejszej uwagi, ba, chyba jej nie lubił…
Przez cały czas Riddle patrzył to na Gabrielle, to na Harry’ego. W jego oczach był jakiś dziwny głód.
- To było bardzo nudne, wysłuchiwać tych wszystkich śmiesznych żalów jedenastoletniej dziewczynki. Byłem jednak cierpliwy. Odpisywałem jej, współczułem, byłem uprzejmy. Ginny mnie uwielbiała. „Nikt nie rozumie mnie tak jak ty, Tom… Tak się cieszę, że mam ten dziennik, że mogę mu zaufać… To tak, jakbym miała przyjaciela, którego mogę nosić ze sobą w kieszeni…
Riddle roześmiał się. Był to piskliwy, zimny śmiech, który w ogóle do niego nie pasował. Gaby poczuła, że włosy mu sztywnieją i dreszcz przebiega po karku.
- Nie wstydzę się, że zawsze potrafiłem oczarować ludzi, którzy mi byli potrzebni. Ginny obnażyła przede mną swą duszę, a jej dusza okazała się akurat tym, czego potrzebowałem. Żywiłem się jej najgłębszymi lękami, najbardziej skrytymi tajemnicami i stawałem się coraz silniejszy. Stawałem się coraz potężniejszy, o wiele potężniejszy od małej panny Weasley. Na tyle potężny, że zacząłem karmić pannę Weasley moimi sekretami, że zacząłem przelewać swoją duszę w jej duszę…
- Co masz na myśli? – zapytała Gaby, której zaschło w ustach.
- Jeszcze się nie domyślasz, Gabrielle Glacius? Ty też nie, Harry Potterze? – zapytał łagodnie Riddle, a gdy Harry pokręcił głową, kontynuował. – To Ginny Weasley otworzyła Komnatę Tajemnic. To ona wydusiła szkolne koguty i nabazgrała groźne napisy na ścianach. To ona poszczuła Węża Slytherina na szlamy i na kota tego charłaka.
- Nie. – wyszeptał Harry.
- Tak. – powiedział spokojnie Riddle. – Oczywiście z początku nie wiedziała, co robi. To było bardzo zabawne. Żebyście zobaczyli jej ostatnie zapisy w dzienniku… Teraz są o wiele ciekawsze… „Kochany Tomie” – wyrecytował, obserwując przerażone twarze Gabrielle i Harry’ego. – „wydaje mi się, że tracę pamięć. Na mojej szacie znalazłam pełno koguciego pierza i nie mam pojęcia, skąd się wzięło. Kochany Tomie, nie mogę sobie przypomnieć, co robiłam w Noc Duchów, ale ktoś napadł na kota, a ja byłam w pobliżu, cała umazana czerwoną farbą. Kochany Tomie, Percy wciąż mi mówi, że jestem blada i dziwnie się zachowuję. Myślę, że mnie podejrzewa… Dzisiaj doszło do kolejnej napaści, a ja nie wiem, gdzie byłam. Tom, co mam robić? Wydaję mi się, że wariuje… Wydaję mi się, że to ja napadam na każdego… Tom!”
Gaby zaciskała lodowate pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w dłonie.
- Długo trwało, zanim ta głupia Ginny przestała ufać swojemu dziennikowi. – rzekł Riddle. – W końcu zaczęła coś podejrzewać i próbowała pozbyć się go. I właśnie wtedy wy wkroczyliście na scenę. Wy znaleźliście mój dziennik, a mnie bardzo to odpowiadało. Och, jak bardzo… Każdy mógł się na niego natknąć, ale to byliście wy, osoby, które tak bardzo chciałem spotkać…
- Ale dlaczego chciałeś się z nami spotkać? – zapytała dziewczyna. Kipiał w niej gniew i trudno jej było opanować głos.
- Bo widzicie, Ginny wszystko mi o was opowiedziała. Waszą całą fascynującą historię. – Omiótł spojrzeniem blizny na czole Harry’ego i Gabrielle, a głód w jego oczach stał się jeszcze bardziej przerażający. – Wiedziałem, że muszę się o was dowiedzieć więcej, muszę z wami porozmawiać, spotkać się z wami, jeśli tylko zdołam. Więc aby zdobyć wasze zaufanie, postanowiłem wam pokazać, jak wyprowadziłem w pole tego kretyna Hagrida.
- Hagrid jest naszym przyjacielem. – powiedział Harry drżącym głosem. – A ty go wykorzystałeś, tak? Myśleliśmy, że popełniłeś omyłkę, a…
Riddle znowu wybuchnął piskliwym śmiechem.
- Moje słowo przeciwko słowu Hagrida. Chyba rozumiecie, jak to musiało wyglądać w oczach starego Armanda Dippeta. Po jednej stronie Tom Riddle, biedny, ale tak zdolny, sierota, ale taki dzielny, prefekt szkoły, ideał ucznia; z drugiej strony wielki, nierozgarnięty Hagrid, co tydzień wpadający w kłopoty, próbujący hodować szczenię wilkołaka pod łóżkiem, wymykający się do Zakazanego Lasu, żeby siłować się z trollami. Muszę jednak przyznać, że sam byłem zaskoczony, jak bezbłędnie działał ten plan. Obawiałem się, że ktoś musi w końcu zrozumieć, iż Hagrid nie może być dziedzicem Slytherina. Mnie zajęło aż pięć lat odkrycie prawdy o Komnacie Tajemnic i odnalezienie tajemnego wejścia do niej… a przecież Hagrid był półgłówkiem, pozbawionym czarodziejskiej mocy! Jeden Dumbledore, nauczyciel transmutacji, był przekonany, że Hagrid jest niewinny. Zdołał przekonać Dippeta, żeby pozostawił Hagrida w Hogwarcie jako gajowego. Tak, myślę, że Dumbledore coś podejrzewał. Byłem ulubieńcem wszystkich nauczycieli, tylko on jeden nigdy mnie nie lubił.
- Założę się, że cię przejrzał. – powiedziała Gaby, krzyżując ręce na piersi.
- No, rzeczywiście po wyrzuceniu Hagrida przyglądał mi się bardzo uważnie. – powiedział beztrosko Riddle. – Wiedziałem, że nie byłoby bezpiecznie otwierać Komnatę ponownie, zanim opuszczę szkołę. Nie zamierzałem jednak marnować tych lat, które spędziłem na jej poszukiwaniu. Postanowiłem pozostawić ten dziennik, w którym utrwaliłem swoją szesnastoletnią tożsamość, tak aby pewnego dnia, przy odrobinie szczęścia, poprowadzić kogoś innego moimi śladami i zakończyć szlachetne dzieło Slytherina.
- No i go nie zakończyłeś. – powiedział Harry triumfalnym tonem. – Tym razem nie zginął nikt, nawet kot. Za kilka godzin dojrzeją mandragory i wszyscy spetryfikowani odzyskają zdrowie.
- Czy już wam nie mówiłem – powiedział spokojnie Riddle. – że uśmiercanie szlam już mnie nie interesuje? Od wielu miesięcy mam nowy cel, a jest nim… jesteście nim wy…
Gaby wytrzeszczyła oczy. O co chodzi Riddle’owi? Czemu tak bardzo zależało mu na spotkaniu z nią i z Harrym? Jak to się stało, że stoi tu przed nią? I gdzie jest bazyliszek?

                                                 ~*~

Tak, dzisiaj też dostajecie rozdział o dzień wcześniej. Czemu? Ponieważ jutro z samego rana wybieram się w góry, na tydzień. Dlatego kolejny rozdział może być o dzień pojawić się za tydzień w niedzielę. No, to by było na tyle ;P Do napisania! :D

Rozdział pięćdziesiąty siódmy

Krętacz, „musimy działać sami”, wywiad z Martą i wejście do Komnaty
Był to chyba najgorszy dzień w życiu Harry’ego. On, Gaby, Ron, Fred i George siedzieli razem w kącie wspólnego pokoju Gryffindoru, niezdolni do rozmowy. Percy’ego z nimi nie było. Poszedł wysłać sowę do państwa Weasleyów, a potem zamknął się w swoim dormitorium.
Żadne popołudnie nie ciągnęło się tak długo, jak to i jeszcze nigdy wieża Gryffindoru nie była tak zatłoczona, a jednak cicha. Fred i George poszli spać o zachodzie słońca, nie mogąc tak dłużej siedzieć. Wcześniej zostali jeszcze uściskani przez Gabrielle.
- Ona się czegoś dowiedziała. – powiedział Ron, odzywając się po raz pierwszy od czasu, gdy ukryli się w kątach pokoju nauczycielskiego. – Dlatego ją porwano. I nie były to żadne głupoty o Percym. Wykryła coś, co wiąże się z Komnatą Tajemnic. To dlatego została… – potarł szybko oczy. – Przecież ona jest czystej krwi. Nie było innego powodu.
Harry patrzył przez okno na krwawoczerwone słońce, zachodzące za linię horyzontu. Jeszcze nigdy nie czuł się tak okropnie. Gdyby tylko było coś, co można by zrobić. Nic.
- Wy – powiedział Ron. – czy myślicie, że w ogóle są jakieś szanse, że ona nie… no wiecie…
Gaby przygryzła wargę, zakłopotana, a Harry nie wiedział, co powiedzieć. Trudno mu było założyć, czy Ginny nadal żyje.
- Wiecie co? – rzekł Ron. – Myślę, że powinniśmy porozmawiać z Lockhartem. Powiemy mu, co wiemy. Zamierza spróbować dostać się do Komnaty. Możemy mu powiedzieć o bazyliszku i o tym, gdzie, według nas, trzeba jej szukać.
- Dobry pomysł. – mruknęła Gaby, wstając. – Tylko dajcie mi chwilę. Muszę napisać do George’a. On musi wiedzieć.
Nie mając nic innego do roboty, Harry i Ron poszli razem z Gaby do dormitorium. Dziewczyna sięgnęła po pióro i pergamin.
- Dobra, skończyłam. – oznajmiła po chwili. – Jak myślicie, będzie okej?
I zaczęła czytać.
„George,
z naszego śledztwa jednak coś wyniknęło. Zacznę jednak od początku…
W łazience Jęczącej Marty znaleźliśmy jakiś dziwny dziennik. W jakiś sposób ten dziennik pokazał mnie i Harry’emu, że Hagrid jest winny ataków 50 lat temu.
Jakiś czas później Korneliusz Knot aresztował Hagrida i wysłał go do Azkabanu, bo jak powiedział: „…akta Hagrida świadczą przeciwko niemu”, a rada nadzorcza, na której czele stoi Lucjusz Malfoy, postanowiła usunąć Dumbledore’a ze stanowiska, ponieważ nie jest w stanie powstrzymać ataków.
Niedługo po tym miała miejsce kolejna napaść, w której ucierpiała jakaś Krukonka i Hermiona Granger. Stało się to na meczu quidditcha, dlatego ludzie przestali mnie podejrzewać o to, że jestem dziedziczką.
Potem nie wiedzieliśmy, co mamy zrobić. Przypomnieliśmy sobie jednak słowa Hagrida, zanim go aresztowano. Nakazał nam podążać za pająkami. Postanowiliśmy go posłuchać.
Pająki zaprowadziły nas do Zakazanego Lasu, gdzie znajdowała się siedziba wielkiego pająka Aragoga, którego Hagrid kiedyś dostał od jakiegoś podróżnika. Po wyrzuceniu ze szkoły, Hagrid ukrył w lesie Aragoga, bo był podejrzewany o to, że jest potworem Slytherina. Jak się okazało, nie słusznie. Ten wielki pająk powiedział nam, że ataków dokonywał potwór, którego pająki boją się nade wszystko i że zabił on jakąś dziewczynkę w łazience. Nie dowiedzieliśmy się już nic więcej, bo dzieci Aragoga chciały nas pożreć. Na szczęście udało nam się uciec.
Kiedy już trochę ochłonęliśmy, zdaliśmy sobie sprawę, że tą dziewczynką może być Jęcząca Marta. Chcieliśmy to sprawdzić, ale do tej pory nam się to nie udało. Dowiedzieliśmy się natomiast, że potworem Slytherina jest bazyliszek. Wszystko to potwierdza. Pająki się go boją. Pianie koguta jest dla niego śmiercionośne, a przed otwarciem Komnaty wszystkie koguty Hagrida zostały zabite.
Chcieliśmy powiedzieć o naszym odkryciu profesor McGonagall, ale nie zdążyliśmy. Wcześniej bazyliszek zabrał do Komnaty Ginny Weasley, siostrę Rona.
Teraz idziemy do Lockharta, który podjął się uratowania Ginny. Chcemy się dowiedzieć, co planuje i ewentualnie jakoś mu pomóc.
Trzymaj kciuki, żeby Ginny wyszła z tego żywa.
Gaby”
- Trochę długi. – mruknął Harry. – Ale jest okej.
Gabrielle kiwnęła głową i podała list Hedwidze z nakazem szybkiego dostarczenia.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Gryfoni wokół nich byli w tak żałosnym stanie i tak współczuli Weasleyom, że nikt nie próbował ich zatrzymać, kiedy przeszli przez pokój wspólny i opuścili go przez dziurę w portrecie.
Kiedy szli do gabinetu Lockharta, zapadała już ciemność. Zatrzymali się pod drzwiami, zza których dochodziły dziwne odgłosy: jakieś szurania, dudnienia, trzaski i pospieszne kroki.
Harry zapukał i nagle wszystko ucichło. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyli jedno oko Lockharta łypiące na nich przez bardzo wąską szparę.
- Och… pan Potter… panna Glacius… pan Weasley… – wybąkał, uchylając drzwi nieco szerzej. – Jestem akurat trochę zajęty. Gdybyście mogli się streszczać…
- Panie profesorze, mamy dla pana pewne informacje. – powiedział Harry. – Sądzimy, że mogą panu pomóc.
- Ee… no… to nie jest aż tak… – Przynajmniej na tej stronie twarzy Lockharta, którą widzieli przez szparę, było widać ogromne zmieszanie. – To znaczy… no… dobrze.
Otworzył drzwi i weszli do środka.
Jego gabinet został prawie całkowicie ogołocony. Na podłodze stały dwa wielkie kufry. Do jednego wrzucono w nieładzie ciemnozielone, jasnoróżowe, śliwkowe i granatowe szaty, w drugim znajdowały się byle jak ułożone książki. Fotografie, które zwykle wisiały na ścianach, teraz leżały w pudełkach na biurku. Obok pudełek leżała kartka papieru i pióro, a na oparciu krzesła siedziała duża, czarna sowa.
- Wybiera się pan gdzieś? – zapytała Gaby.
- Eee… no… tak. – odpowiedział Lockhart, zdzierając z drzwi plakat ze swoim zdjęciem naturalnej wielkości i zwijając go w rulon. – Pilne wezwanie… nie mogę odmówić… muszę jechać… właśnie miałem odpisywać, że już się pakuję…
- A co z moją siostrą? – zapytał ostro Ron.
- No… jeśli chodzi o to… niesłychanie mi przykro… – odpowiedział Lockhart, unikając ich spojrzeń i wysuwając szufladę, której zawartość zaczął przekładać do torby. – Chyba nikomu nie jest tak żal, jak mnie…
- Jest pan nauczycielem obrony przed czarną magią! – zawołał Harry. – Nie może pan teraz odejść! Tutaj się dzieją straszne rzeczy!
- No cóż, muszę powiedzieć… kiedy przyjmowałem to stanowisko… – mruknął Lockhart, układając stertę skarpetek na swoich barwnych szatach. – zakres obowiązków nie wskazywał… nie mogłem się spodziewać, że…
- Czy to znaczy, że pan po prostu daje nogę? – zapytał z niedowierzaniem Harry. – Po tym wszystkim, co pan opisywał w swoich książkach?
- Książki można źle zrozumieć. – powiedział łagodnie Lockhart.
- Przecież to pan je napisał! – krzyknął Harry.
- Mój drogi chłopcze. – rzekł Lockhart, prostując się i marszcząc czoło. – Skorzystaj ze swojego zdrowego rozsądku. Moje książki nie sprzedawałyby się tak dobrze, gdyby ludzie nie sądzili, że to właśnie ja dokonałem tego wszystkiego. Nikt nie zechce czytać o jakimś szpetnym armeńskim czarowniku, nawet jeśli uwolni wioskę od wilkołaków. Wyglądałby okropnie na okładce. Bez smaku, stylu, źle ubrany i w ogóle. A czarownica, która przepędziła zjawę z Bandon, miała zajęczą wargę. Chodzi mi o to, że…
- To znaczy, że pan przypisuje sobie czyny, których dokonali inni? – warknęła Gaby.
- Gabrielle, Gabrielle – powiedział Lockhart, kręcąc niecierpliwie głową. – to nie jest takie proste, jak ci się wydaje. Włożyłem w to mnóstwo pracy. Musiałem tych ludzi odnaleźć. Zapytać ich, jak im się udało tego dokonać. Rzucić na nich Zaklęcie Zapomnienia, żeby nie pamiętali, że coś takiego zrobili. Z czego jak z czego, ale z mich zaklęć pamięci jestem naprawdę dumny. Ciężko na to wszystko zapracowałem, Gabrielle. Tu nie chodzi o jakieś tam rozdawanie autografów, czy robienie sobie zdjęć. Jeśli chcesz być sławna, musisz być przygotowana, na długą, ciężką orkę.
Zatrzasnął wieka kufrów i zamknął je na klucz.
- Rozejrzyjmy się. – powiedział. – Chyba już wszystko. Tak, jeszcze tylko napisanie listu, ale to później. Najpierw ważniejsza sprawa.
Wyciągnął różdżkę i odwrócił się do nich.
- Okropnie mi przykro, dzieci, ale muszę na was rzucić moje Zaklęcie Zapomnienia. Nie mogę pozwolić, żebyście łazili po zamku i zdradzali wszystkim moje sekrety. Nie sprzedałbym kolejnej książki…
Harry zdążył wyciągnąć swoją różdżkę. Lockhart już podnosił swoją, kiedy Harry ryknął:
- Expelliarmus!
Lockharta odrzuciło do tyłu; upadł, przewracając się o swoje kufry. Jego różdżka wyleciała w powietrze; Ron złapał ją i wyrzucił ją przez otwarte okno.
- Nie trzeba było pozwolić, żeby Snape nauczył nas tego zaklęcia. – powiedział Harry ze złością, odsuwając kopniakiem kufer. Lockhart patrzył na niego z podłogi, znowu żałosny i jakby sflaczały. Harry wciąż celował w niego różdżką.
- Czego ode mnie chcecie? – jęknął Lockhart. – Nie wiem, gdzie jest ta Komnata. Nic wam nie pomogę.
- Ma pan szczęście – rzekł Harry, zmuszając go końcem różdżki do powstania.. – Tak się składa, że my wiemy, gdzie ona jest. I co jest w środku. Idziemy.
- Sekunda! – zawołała Gaby, która skorzystała z okazji i właśnie kończyła pisać kolejny list. Harry zdołał zajrzeć jej przez ramię i przeczytał:
„George,
Lockhart okazał się totalnym tchórzem, który zamierzał uciec. Wiemy też, że wszystkie niesamowite rzeczy, opisane w jego książkach są zasługą innych osób, którym usunął pamięć. Po wyjawieniu jego sekretu, nas też zamierzał potraktować Zaklęciem Zapomnienia, ale Harry był szybszy i zdołał go rozbroić. Teraz ma go na muszce.
Z racji tego, że Lockhart nie zamierza nic zrobić w związku z Ginny, musimy działać sami. Idziemy do Komnaty Tajemnic.
No to… nie mówię ci „żegnaj”, bo wierzę, że nam się uda. Ale, no wiesz… życz nam powodzenia.                 Gaby
Ps. Jakby coś się stało… to opowiedz o wszystkim rodzicom.”
Dziewczyna złożyła kartkę na pół, podała ją czarnej sowie i powiedziała, do kogo jest zaadresowany.
- Okej, idziemy. – rzekła Gaby, w tym samym momencie, kiedy ptak wyleciał przez okno.
Wyprowadzili Lockharta z gabinetu i zeszli po najbliższych schodach, a potem, idąc ciemnym korytarzem z magicznymi napisami, doszli do drzwi łazienki Jęczącej Marty.
Kazali Lockhartowi wejść pierwszemu. Wszedł, dygocąc na całym ciele, co Harry’emu sprawiło dziwną satysfakcję.
Jęcząca Marta siedziała na rezerwuarze w ostatniej kabinie.
- Ach, to ty. – powiedziała, kiedy zobaczyła Harry’ego. – Czego chcesz tym razem?
- Zapytać cię, jak umarłaś. – odparł Harry.
Marta nagle całkowicie się zmieniła. Sprawiała wrażenie zachwyconej tym pytaniem, które najwyraźniej połechtało jej próżność.
- Oooooch, to było straszne. – powiedziała z rozkoszą. – To się stało właśnie tutaj. Umarłam w tej oto kabinie. Pamiętam to dobrze. Schowałam się tutaj, bo Oliwia Hornby dokuczała mi z powodu moich okularów. Drzwi były zamknięte, jak ryczałam i nagle usłyszałam, że ktoś wchodzi. Wchodzi i mówi coś dziwnego. Chyba w jakimś obcym języku. W każdym razie wydawało mi się, że to mówi chłopiec. Więc otworzyłam drzwi, żeby mu powiedzieć, że to toaleta dla dziewczyn, i wtedy… – Marta zrobiła ważną minę, twarz jej zajaśniała. – wtedy umarłam.
- Jak? – spytała Gaby, stając obok Harry’ego.
- Nie mam pojęcia. – odpowiedziała Marta przyciszonym głosem. – Pamiętam tylko, że zobaczyłam parę wielkich żółtych oczu. Poczułam, jakby mi zdrętwiało całe ciało, a potem… potem już szybowałam w powietrzu, odlatywałam… – Spojrzała na Harry’ego rozmarzonym wzrokiem. – A potem wróciłam. Postanowiłam nastraszyć Oliwię Hornby. Och, bardzo żałowała, że wyśmiewała się z moich okularów.
- Gdzie dokładnie zobaczyłaś te oczy? – zapytał Harry.
- Gdzieś tu. – odrzekła Marta, machając ręką w stronę umywalki.
Harry, Gaby i Ron podbiegli do umywalki. Lockhart stał nieruchomo, z twarzą zastygłą w przerażeniu.
Umywalka wyglądała zupełnie zwyczajnie. Zbadali ją dokładnie, cal po calu, wewnątrz i na zewnątrz, łącznie z rurami pod spodem. I nagle Harry to zobaczył: na boku jednego z mosiężnych kranów wydrapany był maleńki wąż.
- Ten kran nigdy nie działał. – powiedziała beztrosko Marta, kiedy próbował go odkręcić.
- Niech jedno z was coś powie. – szepnął Ron. – W języku wężów.
- Tylko kto? – spytała Gaby.
- Ja mogę. – oznajmił Harry.
Co prawda do tej pory udawało mu się mówić tym językiem wtedy, gdy miał do czynienia z prawdziwym wężem. Wpatrywał się w maleńki rysunek, starając się wyobrazić sobie, że to żywy mąż.
- Otwórz się. – powiedział.
Spojrzał na Ron, który potrząsnął głową i rzekł:
- Po angielsku.
Harry znowu popatrzył na węża, całą siłą woli zmuszając się do uwierzenia, że to żywy wąż. Kiedy poruszył głową, blask świecy wywołał wrażenie, jakby wąż drgnął.
- Otwórz się. – powtórzył.
Tym razem nie usłyszał własnych słów, ale dziwny syk, a kran natychmiast rozjarzył się białym blaskiem i zaczął się obracać. W następnej sekundzie poruszyła się cała umywalka. I nagle znikła, ukazując wylot olbrzymiej rury, tak szerokiej, że mógłby się do niej wśliznąć człowiek.
Harry usłyszał zduszony okrzyk Rona. Podniósł głowę i spojrzał na niego, a potem na Gaby. Już wiedział, co teraz zrobi.
- Schodzę tam. – powiedział.
Nie mógł tego nie zrobić, teraz kiedy wreszcie znalazł wejście do Komnaty Tajemnic, nawet gdyby nie było choć najmniejszej, najbardziej nieprawdopodobnej szansy, że Ginny może jeszcze żyć.
- Ja też. – oznajmiła Gabrielle.
- Idę z wami. – dodał Ron.
Zapanowało krótkie milczenie.
- No… chyba już mnie nie potrzebujecie. – rzekł Lockhart, a na jego pobladłej twarzy pojawił się cień jego dawnego uśmiechu. – Więc ja po prostu…
Położył rękę na klamce, ale i Ron, i Gaby, i Harry wycelowali w niego różdżki.
- Wejdziesz tam pierwszy. – warknął Ron.
Lockhart, biały jak kreda, pozbawiony swojej różdżki, zbliżył się do otworu.
- Dzieci… – wybąkał słabym głosem. – dzieci, co nam to da?
Harry dźgnął go w plecy końcem różdżki. Lockhart włożył nogi do rury.
- Naprawdę nie sądzę… – zaczął, ale Gabrielle popchnęła go i Lockhart zniknął im z oczu.
Harry szybko wskoczył za nim.
Poczuł się tak, jakby ze straszliwą szybkością pomknął niekończącą się, śliską, krętą i ciemną zjeżdżalnią w parku wodnym. Raz po raz migały po bokach wyloty innych rur, ale już nie tak szerokich, jak ta, którą spadał coraz niżej i niżej, głębiej niż lochy pod zamkiem. Za sobą słyszał Gaby i Rona, obijających się na zakrętach.
A potem, kiedy już zaczął się niepokoić, co będzie, jeśli w końcu wypadnie, rura zmieniła kierunek na prawie poziomy i wyleciał z niej mokrym plaśnięciem na dno ciemnego tunelu, dość wysokiego, by w nim stanąć. Tuż obok Lockhart dźwigał się na nogi, cały okryty szlamem i blady jak duch. Harry odsunął się, bo usłyszał wylatujących z rury Gabrielle i Rona.
- Musimy być chyba parę mil pod szkołą. – powiedział Harry, a jego głos odbił się głuchym echem po tunelu.
- Może pod jeziorem. – dodała Gaby, zapalając różdżkę i przyglądając się ciemnym, obślizgłym ścianom.
Wszyscy czworo wpatrzyli się w ciemność przed nimi.
- Lumos! - mruknął Harry do swojej różdżki, a ta natychmiast zapłonęła bladym światłem. – Idziemy. – rzekł do Gabrielle, Rona i Lockharta.

Rozdział pięćdziesiąty szósty

Tajemnica Percy’ego, bazyliszek i porwanie uczennicy
- Tyle razy byliśmy w tej łazience, a ona siedziała zaledwie trzy kabiny dalej – powiedział z żalem Ron przy śniadaniu następnego dnia. – i mogliśmy ją zapytać, a teraz…
I tak już było ciężko wymknąć się z zamku w pogoni za pająkami. Wymknięcie się spod opieki nauczyciela na tak długo, by wśliznąć się do łazienki, łazienki dla dziewczyn, w dodatku położonej tuż przy miejscu pierwszej napaści, wydawało im się prawie niemożliwe. Nawet jeśli teoretycznie Gaby może wejść do tej łazienki… ale tylko teoretycznie, bo pozostałe czynniki wykluczają nawet tę możliwość.
Podczas pierwszej lekcji, a była nią transmutacja, wydarzyło się jednak coś, co kazało im zapomnieć o Komnacie Tajemnic po raz pierwszy od wielu tygodni. Po dziesięciu minutach lekcji profesor McGonagall oznajmiła im, że egzaminy rozpoczną się pierwszego czerwca – dokładnie za tydzień.
- Egzaminy? – jęknął Seamus Finnigan. – To jednak mamy mieć egzaminy?
Za Gabrielle coś okropnie huknęło. To różdżka Neville’a Longbottoma ześliznęła się z ławki, niszcząc jedną z jej nóg. Profesor McGonagall odtworzyła ją jednym machnięciem swojej różdżki i zwróciła się do Seamusa, marszcząc czoło.
- Jeśli szkoła nie została dotąd zamknięta, to tylko z troski o waszą edukację. – powiedziała surowym tonem. – Dlatego egzaminy odbędą się tak jak zawsze i mam nadzieję, że wszyscy pilnie się do nich przygotowujecie.
Pilnie się przygotowujecie! Gaby nigdy nie przyszło do głowy, że w tym stanie rzeczy mogą się odbyć jakieś egzaminy. Rozległo się buntownicze szemranie, co wprawiło profesor McGonagall w jeszcze gorszy humor.
- Instrukcje profesora Dumbledore’a były jasne. Mamy się starać, żeby wszystko toczyło się normalnym trybem. I muszę wam wyraźnie przypomnieć, że oznacza to, między innymi, konieczność sprawdzenia, czego się nauczyliście w tym roku.
Gaby spojrzała na Harry’ego, przyglądającego się kilku białym królikom, które miał zamienić w bambosze. Czego się nauczyli w tym roku? Może i coś umieli, ale Gaby jakoś nie potrafiła sobie przypomnieć niczego, co przydałoby im się podczas egzaminów.
Ron wyglądał, jakby mu przed chwilą powiedziano, że od jutra ma zamieszkać w Zakazanym Lesie.
- Potraficie sobie mnie wyobrazić, jak zdaję egzamin z tym? – zapytał Gabrielle i Harry’ego, podnosząc swoją różdżkę, która zaczęła głośno gwizdać.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Trzy dni przed pierwszym egzaminem profesor McGonagall zabrała ponownie głos podczas śniadania.
- Mam dobrą wiadomość. – oznajmiła, a Wielka Sala, zamiast ucichnąć, wybuchła podnieconymi okrzykami.
- Dumbledore wraca! – ryknęło kilkanaście uradowanych głosów.
- Dziedzic Slytherina schwytany! – pisnęła jedna z dziewczyn siedząca przy stole Krukonów.
- Mecze quidditcha przywrócone! – wrzasnął Wood.
Profesor McGonagall odczekała, aż wrzawa nieco ucichnie i powiedziała:
- Profesor Sprout poinformowała mnie, że mandragory są wreszcie gotowe do wycięcia. Dziś wieczorem ożywimy te osoby, które zostały spetryfikowane. A pragnę wam przypomnieć, że jedna z nich może nam powiedzieć, kto albo co kryje się za tymi atakami. Mam nadzieję, że ten okropny rok zakończy się schwytaniem złoczyńcy.
Rozległy się głośnie wiwaty i oklaski. Gaby spojrzała na stół Ślizgonów i nie zdziwiła się, widząc, że Draco Malfoy nie cieszy się razem z nimi. Za to Ron wyraźnie poweselał.
- A więc nieważne, że nie zapytaliśmy Marty! – powiedział do Gaby i Harry’ego. – Hermiona na pewno odpowie na wszystkie pytania, kiedy ją obudzą! Zwariuje, jak się dowie, że za trzy dni mamy egzaminy. Nic nie powtarzała. Może lepiej byłoby ją pozostawić w takim stanie do końca egzaminów?
W tym momencie pojawiła się Ginny Weasley i usiadła obok Rona. Wyglądała na bardzo poruszoną, a Gaby zauważyła, że wykręca sobie ręce złożone na podołku.
- Co jest, Ginny? – zapytała dziewczyna, a Ron nabrał sobie nową porcję owsianki.
Ginny nie odpowiedziała, ale popatrzyła po stole Gryfonów z tak żałosną miną, że kogoś Gabrielle przypominała, choć nie wiedziała, kogo.
- Wyrzuć to z siebie. – powiedział Ron, przyglądając jej się uważnie.
Gaby nagle uświadomiła sobie, kogo jej Ginny przypominała. Dziewczynka kołysała się lekko do tyłu i do przodu zupełnie jak Zgredek, kiedy miał ujawnić jakąś zakazaną tajemnicę.
- Muszę wam coś powiedzieć. – wybąkała Ginny, starając się nie patrzeć na Harry’ego.
- A co takiego? – spytała Gaby.
Ginny wyglądała, jakby jej zabrakło odpowiednich słów.
- No co? – zapytał Ron.
Dziewczynka otworzyła usta, ale nie padło z nich ani jedno słowo. Harry nachylił się i powiedział tak cicho, że tylko Gaby, Ginny i Ron mogli go usłyszeć:
- Czy to ma coś wspólnego z Komnatą Tajemnic? Widziałaś coś? Coś, co się dziwnie zachowywało?
Ginny wzięła głęboki oddech, lecz w tym momencie pojawił się Percy Weasley, sprawiając wrażenie, jakby miał za chwilę paść ze zmęczenia.
- Jeśli już skończyłaś, to zajmę twoje miejsce, Ginny. Umieram z głodu, dopiero co skończyłem służbę patrolową.
Dziewczynka podskoczyła, jakby jej krzesło zostało podłączone do prądu o wysokim napięciu, obrzuciła Percy’ego przerażonym wzrokiem i uciekła. Percy usiadł i przysunął sobie wielki dzbanek.
- Percy! – powiedział ze złością Ron. – Właśnie miała nam powiedzieć coś ważnego!
Percy zakrztusił się herbatą.
- A co? – zapytał, kaszląc.
- Właśnie zadaliśmy jej pytanie, czy nie widziała czegoś dziwnego, a ona zaczęła…
- Och… to… to nie ma nic wspólnego z Komnatą Tajemnic. – przerwał mu szybko Percy.
- A ty skąd wiesz, o co ją zapytaliśmy? – zdziwił się Ron, unosząc brwi.
- No… ee… jeśli już chcecie wiedzieć, to Ginny… ee… wpadła na mnie tamtego dnia, kiedy… no… zresztą nieważne… chodzi o to, że zobaczyła, że coś robię i… no wiecie… poprosiłem ją, żeby o tym nikomu nie mówiła. Myślałem, że dotrzyma słowa. To nic ważnego, naprawdę, ja tylko…
Gaby jeszcze nigdy nie widziała Percy’ego w takim stanie. Dziewczyna uśmiechnęła się na samą myśl, co takiego Percy może ukrywać…
- A co ty zrobiłeś, Percy? – zapytał Ron, szczerząc zęby. – No powiedz, nie będziemy się z ciebie śmiali.
Percy nie był jednak skłonny ani do żartów, ani do zwierzeń.
- Podaj mi te naleśniki, Harry, konam z głodu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Gaby wiedziała, że cała tajemnica może się rozwiązać już jutro bez ich udziału, ale nie potrafiłaby zrezygnować z możliwości porozmawiania z Jęczącą Martą, gdyby tylko się pojawiła – i ku jej radości taka możliwość rzeczywiście się nadarzyła przed południem, kiedy Gilderoy Lockhart prowadził ich na historię magii.
Lockhart, który tak często ich zapewniał, że wszystkie zagrożenia już minęły, teraz kiedy już niedługo miało się okazać, kto ma rację, był najwyraźniej całkowicie przekonany, że prowadzenie ich na lekcje przez profesorów jest bezsensowne. Był lekko rozczochrany, bo przez większość nocy patrolował czwarte piętro.
- Zapamiętajcie moje słowa. – powiedział, wyprowadzając ich zza węgla. – Pierwsze słowa, które wyjdą z ust tych spetryfikowanych nieszczęśników, będą brzmiały: „To był Hagrid”. Szczerze mówiąc, bardzo mnie dziwi, że profesor McGonagall wciąż się upiera przy tych wszystkich środkach ostrożności.
- Zgadzam się, panie profesorze. – powiedziała Gaby, co spowodowało, że Harry spiorunował ją wzrokiem, a Ronowi wyleciały z rąk książki.
- Dziękuję ci, Gabrielle. – rzekł Lockhart łaskawym tonem, kiedy czekali w długim rzędzie, żeby przepuścić Puchonów. – Chodzi mi o to, że my, nauczyciele, mamy zbyt dużo innych zajęć, żeby prowadzić uczniów do klas i stać na warcie przez całą noc…
- Święta racja. – powiedział Harry, który właśnie połapał, o co chodzi.
- Niech nas pan profesor już dalej nie prowadzi, mamy przejść jeszcze tylko jeden korytarz. – dodał Ron, znając już zamiary pozostałej dwójki.
- Wiesz co, Weasley, to bardzo dobry pomysł. – rzekł Lockhart. – Powinienem pójść przygotować się do mojej następnej lekcji.
I odszedł szybkim krokiem.
- Przygotować się do lekcji. – prychnął za nim Ron. – Raczej zakręcić sobie loki.
Pozwolili, by reszta Gryfonów ruszyła do przodu, dali nurka w boczny korytarz i pobiegli do łazienki Jęczącej Marty. I kiedy gratulowali sobie znakomitego pomysłu…
- Glacius! Potter! Weasley! Co wy tu robicie?
Była to profesor McGonagall, a jej usta były najcieńszą z cienkich linii.
- My właśnie… no… – wyjąkał Ron. – my chcieliśmy… zobaczyć…
- Hermionę. – wpadł mu w słowo Harry.
Ron i profesor McGonagall spojrzeli na niego, a Gaby uśmiechnęła się delikatnie.
- Nie widzieliśmy jej od wieków, pani profesor – ciągnął Harry, a dziewczyna zauważyła, że nastąpił Ronowi na stopę. – i pomyśleliśmy sobie, że przemkniemy się do skrzydła szpitalnego i… powiemy jej, że mandragory są już prawie gotowe i… ee… że nie musi się martwić.
Profesor McGonagall utkwiła spojrzenie w chłopaki i Gaby pomyślała, że kobieta za chwilę wybuchnie, ale kiedy przemówiła, jej głos był dziwnie wilgotny i ochrypły.
- Oczywiście. – powiedziała, a Gaby ze zdumieniem zobaczyła, że w jej oku zalśniła łza. – Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to wszystko jest bardzo ciężkie dla przyjaciół tych, którzy zostali… Bardzo dobrze to rozumiem. Tak, Potter, możecie odwiedzić pannę Granger. Poinformuję profesora Binnsa, dokąd poszliście. Powiedzcie pani Pomfrey, że macie moje pozwolenie.
- Bardzo dzi-dziękujemy, p-pani profesor. – wyjąkała Gaby, pociągając nosem.
Gaby, Harry i Ron odeszli, nie mogąc uwierzyć, że uniknęli szlabanu. Kiedy zniknęli za rogiem korytarza, usłyszeli, jak profesor McGonagall hałaśliwie wydmuchuje nos.
- To najlepszy kit, jaki kiedykolwiek wystawiłeś, Harry. – powiedziała zachwycona Gaby.
- Ty też nieźle zagrałaś. – rzekł Ron.
- Dzięki.
Teraz nie mieli już wyboru i poszli prosto do skrzydła szpitalnego, żeby powiedzieć pani Pomfrey, że mają pozwolenie od profesor McGonagall na odwiedzenie Hermiony.
Pani Pomfrey wpuściła ich, choć zrobiła to niechętnie.
- Przemawianie do osoby spetryfikowanej nie ma najmniejszego sensu. – oświadczyła, a oni musieli przyznać jej rację, kiedy usiedli przy Hermionie.
Było oczywiste, iż Hermiona nie ma zielonego pojęcia, że ma gości. Z równym powodzeniem mogliby tłumaczyć stojącej przy jej łóżku szafce nocnej, żeby się nie martwiła.
- Ciekawe, czy zobaczyła napastnika, prawda? – powiedział Ron, spoglądając ponuro na nieruchomą twarz Hermiony. – Bo jeśli zakradł się i napadł na każdego z nich znienacka, to nigdy się tego nie dowiemy…
Ale Gaby nie patrzyła na twarz Hermiony. Bardziej ją interesowała jej prawa ręka. Zaciśnięta dłoń spoczywała na okrywającym ją prześcieradle, a kiedy pochyliła się niżej, zobaczyła, że w tej dłoni wystaje kawałek papieru.
Upewniwszy się, że pani Pomfrey nie ma w pobliżu, wskazała to Harry’emu i Ronowi.
- Spróbuj to wyciągnąć. – szepnął Harry, przesuwając krzesło, żeby ją zasłonić.
Nie było to łatwe. Dłoń Hermiony zaciśnięta była tak mocno, że Gaby bała się podrzeć kartkę. Harry i Ron pilnowali, czy pani Pomfrey nie idzie, a ona męczyła się w pocie czoła, aż w końcu, po kilkunastu minutach okropnego napięcia, udało jej się kartkę wyciągnąć. Była to stronica wydarta z bardzo starej książki. Gaby wygładziła ją gorączkowo, a Harry i Ron pochylili się, by odczytać ją razem z nią.
Wśród wielu wzbudzających lęk bestii i potworów, które lęgną się w naszym kraju, nie ma dziwniejszego i bardziej złowrogiego stworzenia od bazyliszka, nazywanego również „Królem Węży”. Wąż ów, który może osiągać olbrzymie rozmiary i żyć wiele setek lat, rodzi się z kurzego jajka podłożonego ropusze. Zadziwiające są jego sposoby uśmiercania ofiar, bo prócz jadowitych kłów, bazyliszek dysponuje śmiertelnym spojrzeniem, a ten w kim utkwi swoje złowrogie ślepia, pada natychmiast trupem. Bazyliszek jest śmiertelnym wrogiem pająków, które uciekają przed nim w popłochu, a on sam lęka się jedynie piania koguta, które jest dla niego zgubne.
Pod tym tekstem dopisano jedno słowo, a Gaby natychmiast rozpoznała charakter pisma Hermiony. „Rury”
Poczuła się tak, jakby ktoś nagle zapalił światło w jej mózgu.
- Chłopaki – szepnęła, czując że jej dłonie robią się lodowate. – to jest to. To jest odpowiedź. Potwór z Komnaty Tajemnic to bazyliszek… olbrzymi wąż! Dlatego ja i ty, Harry wciąż słyszeliśmy ten głos, a nikt inny go nie słyszał. My przecież znamy mowę węży…
- No tak! – powiedział Harry, spoglądając na sąsiednie łóżka. – Bazyliszek zabija ludzi swoim spojrzeniem. Ale nikt nie umarł… bo nikt nie spojrzał mu prosto w oczy. Colin zobaczył go w wizjerze swojego aparatu. Bazyliszek spalił film w kamerze, ale Colin został tylko spetryfikowany. Justyn… Justyn musiał zobaczyć bazyliszka przez Prawie Bezgłowego Nicka! Nick przyjął najgorsze uderzenie morderczego spojrzenia, ale przecież nie mógł umrzeć po raz drugi… A przy Hermionie i tej Krukonce znaleziono lusterko. Hermiona dopiero co odkryła, że ten potwór to bazyliszek. Założę się, o co chcecie, że ostrzegła pierwszą osobę, którą spotkała, żeby zanim minie róg korytarza, obejrzała dalszą drogę w lusterku! No i ta dziewczyna wyjęła lusterko… i…
Ronowi opadła szczęka.
- A Pani Norris? – wyszeptał podniecony.
Gaby zastanowiła się, wyobrażając sobie scenę, jaka się rozegrała w Noc Duchów.
- Woda… – powiedziała powoli. – Woda z łazienki Jęczącej Marty… Założę się, że Pani Norris zobaczyła tylko odbicie w kałuży…
Znowu wpatrzyła się w kartkę, przebiegając ją gorączkowo wzrokiem. Im dłużej się przyglądała, tym bardziej nabierała przekonania, że tak właśnie było.
- Pianie koguta… jest dla niego zgubne! – przeczytała na głos. – Padły wszystkie koguty Hagrida! Dziedzic Slytherina nie chciał, żeby któryś z nich znalazł się w pobliżu zamku, kiedy Komnata Tajemnic zostanie otwarta! Pająki… uciekają przed nim w popłochu! Wszystko pasuje!
- Ale jak ten bazyliszek łazi po zamku? – zapytał Ron. – Olbrzymi gad… Przecież ktoś by go zobaczył…
Harry wskazał na słowo dopisanie ręką Hermiony u dołu strony.
- Rury… – wymamrotał. – Rury… Ron, ten gad wykorzystuje kanalizację. Ten głos dochodził jakby ze ściany…
Ron nagle złapał Gaby i Harry’ego za ramiona.
- Wejście do Komnaty Tajemnic! – powiedział ochrypłym szeptem. – A jeśli to łazienka. Jeśli to…
- …łazienka Jęczącej Marty. – dokończył za niego Harry.
Siedzieli, dysząc z podniecenia, ledwo mogąc uwierzyć w to wszystko.
- A to znaczy – powiedziała dziewczyna, ignorując pojawienie się szronu na kartce, którą trzymała. – że ja i Harry nie jesteśmy jedynymi osobami w szkole znającymi mowę wężów. Dziedzic Slytherina też ją zna. W ten sposób panuje nad bazyliszkiem.
- Co teraz zrobimy? – zapytał Ron, a oczy mu płonęły. – Pójdziemy prosto do McGonagall?
- Idziemy do pokoju nauczycielskiego. – rzekł Harry, zrywając się na nogi. – Będzie tam za dziesięć minut, zbliża się przerwa.
Zbiegli po schodach. Nie chcąc, by ktoś ich nakrył, jak szwendają się po korytarzu, weszli od razu do pokoju nauczycielskiego. Był to duży, wyłożony boazerią pokój pełen drewnianych krzeseł z poręczami. Gaby, Harry i Ron obeszli go wokoło, zbyt podekscytowani, żeby usiąść.
Nie doczekali się jednak dzwonka na przerwę.
Zamiast niego usłyszeli głos profesor McGonagall, magicznie zwielokrotniony, odbijający się echem po korytarzach:
- Wszyscy uczniowie mają natychmiast wrócić do swoich dormitoriów. Natychmiast.
Harry spojrzał ze strachem w oczach na Gabrielle i Rona.
- Chyba to nie kolejny atak? Nie teraz…
- Co robimy? – spytał Ron. – Wracamy do dormitorium?
- Nie. – odpowiedziała Gaby, sięgając szybko po różdżkę. – Rzucę na nas zaklęcie kameleona. Podsłuchamy, o co chodzi. Potem możemy im powiedzieć, co odkryliśmy.
Zaczynając do Harry’ego, a kończąc na sobie, Gabrielle sprawiła, że wszyscy troje stali się niewidzialni.
- Tylko stańcie gdzieś w rogu, żeby was nikt nie dotknął. – dodała. – Ja idę koło drzwi. Harry, ty możesz stanąć z lewej strony regału na książki, a ty, Ron możesz być w tej wnęce, koło wieszaka na płaszcze.
Wszyscy zajęli swoje miejsca, nasłuchując tupotu setek nóg nad głowami. Po chwili tuż obok Gabrielle, drzwi otworzyły się na oścież, a do pokoju po kolei wchodzili wszyscy nauczyciele. Niektórzy z nich wyglądali na zaskoczonych, inni na przerażonych. Na końcu pojawiła się profesor McGonagall. W pomieszczeniu zaległa cisza.
- Stało się. – oznajmiła. – Potwór porwał uczennicę. Zawlókł ją do samej Komnaty.
Profesor Flitwick pisnął. Profesor Sprout zakryła usta dłońmi. Snape zacisnął ręce na oparciu krzesła i zapytał:
- Skąd pewność, że tak się stało?
- Dziedzic Slytherina – odpowiedziała profesor McGonagall blada jak ściana. – pozostawił wiadomość. Dokładnie pod pierwszą. „Jej szkielet będzie spoczywać w Komnacie na wieki”.
Profesor Flitwick wybuchnął płaczem.
- Kto to jest. – zapytała pani Hooch, opadając na krzesło. – Czyja uczennica?
- Ginny Weasley. – odpowiedziała profesor McGonagall.
Gaby zakryła usta dłonią, żeby nie wydać zduszonego okrzyku. Spojrzała w stronę wieszaka na ubrania, który po chwili lekko drgnął, jakby tuż obok niego ktoś upadł. Biedny Ron.
- Będziemy musieli jutro wysłać wszystkich uczniów do domu. – oświadczyła profesor McGonagall. – To koniec Hogwartu. Dumbledore zawsze mówił…
Drzwi do pokoju nauczycielskiego otworzyły się z hukiem. Przez chwilę Gabrielle była pewna, że to Dumbledore. Ale nie, wszedł Lockhart, jak zwykle bardzo z siebie zadowolony.
- Tak mi przykro… Co mnie ominęło?
Zdawał się nie dostrzegać, że reszta nauczycieli patrzy na niego z wyraźną niechęcią. Snape zrobił kilka kroków w jego stronę.
- Oto nasz człowiek. – powiedział. – Właściwy człowiek. Potwór porwał dziewczynkę. Zawlókł ją do samej Komnaty Tajemnic. Nadeszła chwila, abyś zaczął działać, Lockhart.
Lockhart zbladł.
- Tak, Gilderoy. – zaszczebiotała profesor Sprout. – Czy to nie ty mówiłeś wczoraj wieczorem, że doskonale wiesz, gdzie jest wejście do Komnaty Tajemnic?
- Ja… tego… ja… – wybąkał Lockhart.
- Tak, czy nie mówiłeś mi, że dobrze wiesz, co jest w tej Komnacie? – pisnął profesor Flitwick.
- J-ja? Naprawdę… nie pamiętam…
- Ale ja bardzo dobrze pamiętam, jak mówiłeś, że żałujesz, że nie rozwaliłeś tego potwora, zanim aresztowano Hagrida. – powiedział Snape. – Nie mówiłeś, że wszystko spartaczono i że od samego początku powinni ci dać wolną rękę w rozprawieniu się z potworem?
Lockhart wytrzeszczył oczy na kamienne twarze swoich kolegów.
- Ja… ja naprawdę nigdy… Musiałem zostać źle zrozumiany…
- A więc teraz masz wolną rękę, Gilderoy. – oświadczyła profesor McGonagall. – Dziś wieczorem nadarza się świetna okazja, aby to uczynić. Zadbamy, aby nikt nie wchodził ci w drogę. Będziesz mógł zrobić z potworem, co ci się spodoba. Masz pełną swobodę działania.
Lockhart rozejrzał się rozpaczliwie, ale nikt nie kwapił się, by mu pomóc. Nie był już owym przystojnym, pewnym siebie mężczyzną z wiecznym szerokim uśmiechem na twarzy. Wargi mu drżały, szczęka opadła, ramiona obwisły.
- N-n-no dobrze. – wyjąkał. – B-b-będę w swoim gabinecie, muszę się przygotować…
I wyszedł.
- Świetnie. – powiedziała profedor McGonagall, której nozdrza drgały groźnie. – Przynajmniej zszedł nam z oczu. I sprzed naszych butów. Opiekunowie domów pójdą poinformować uczniów, co się stało. Powiedzcie im, że jutro rano wsiądą do ekspresu Hogwart-Londyn. Reszta niech zadba o to, żeby żaden uczeń czy uczennica nie wystawili nosa spoza swojego dormitorium.
Nauczyciele powstali i jeden po drugim opuścili pokój.
Teraz po głowie Gabrielle kotłowała się jedna myśl: musi napisać do George’a.

Rozdział pięćdziesiąty piąty

„Za pająkami!”, niewinność Hagrida i postęp w śledztwie
W tych dniach wspólny pokój Gryfonów był zawsze pełny, bo po szóstej nie wolno im było opuszczać wieży i nie mieli co ze sobą zrobić. Było zresztą tyle spraw do omówienia, że we wspólnym pokoju robiło się pusto dopiero po północy.
Zaraz po kolacji Harry wyjął z kufra pelerynę-niewidkę i spędził cały wieczór, siedząc na niej i czekając, aż wszyscy pójdą spać. Fred i George wyzwali Harry’ego, Gabrielle i Rona na kilka partii Eksplodującego Durnia, a Ginny przyglądała się grze, siedząc na fotelu zwykle zajmowanym przez Hermionę. Harry, Gaby i Ron specjalnie przegrywali, starając się jak najszybciej skończyć grę, ale i tak minęła północ, kiedy Fred i George w końcu poszli spać.
Harry, Gaby i Ron nasłuchiwali, aż po raz ostatni trzasną drzwi obu dormitoriów, a wówczas chwycili pelerynę, narzucili ją na siebie i przeleźli przez dziurę w portrecie.
Czekała ich kolejna trudna wędrówka po zamku i omijanie wszystkich stojących na straży profesorów. W końcu dotarli do sali wejściowej, odsunęli zasuwę na drzwiach frontowych i prześliznęli się przez nie, starając się nie robić najmniejszego hałasu. Odetchnęli dopiero na zalanych światłem księżyca błoniach.
- Oczywiście trzeba przyjąć i taką możliwość – powiedział nagle Ron, kiedy szli przez czarną trawę – że w lesie nie znajdziemy żadnych śladów. Te pająki mogły tam wcale nie dojść. Wiem, że wyglądały, jakby szły w tamtym kierunku, ale…
Zawiesił głos, jkaby miał wielką nadzieję, że w rzeczywistości wcale tam nie polazły.
Doszli do chatki Hagrida, sprawiającej bardzo smutne wrażenie z nieoświetlonymi oknami. Kiedy Harry otworzył drzwi, Kieł zwariował z radości na ich widok. Obawiając się, że obudzi cały zamek swoim głuchym, donośnym ujadaniem, Gaby pospiesznie nakarmiła go krajanką z melasy, która skleiła mu szczęki.
Harry zostawił pelerynę-niewidkę na stole Hagrida. I tak nie będzie im potrzebna w ciemnym lesie.
- No Kieł, idziemy na spacer. – powiedział, klepiąc się po udzie, a rozradowany brytan wyskoczył za nimi z chatki, pomknął na skraj lasu i uniósł tylną nogę przy pniu wielkiej sykomory.
Gabrielle wyjęła różdżkę, mruknęła: Lumos! i na jej końcu zapłonęło światełko, w sam raz, by widzieli ścieżkę, wypatrując na niej śladów pająków. Po chwili Harry zrobił to samo ze swoją różdżką.
- Dobry pomysł. – powiedział Ron. – Zapaliłbym i swoją, ale sami wiecie… mogłaby wybuchnąć albo coś w tym rodzaju…
Harry trącił Rona w ramię, wskazując na trawę. Dwa samotne pająki uciekały przed światłem w cień drzew.
- W porządku. – westchnął Ron, godząc się z losem. – Jestem gotowy.
- No to idziemy. – mruknęła Gaby zrezygnowana.
Tak więc weszli do lasu, a Kieł biegał wokół nich, obwąchując korzenie drzew i zeschłe liście. W świetle różdżek widzieli sznurek pająków posuwających się po ścieżce. Szli za nimi przez blisko dwadzieścia minut, nasłuchując w milczeniu jakichkolwiek innych odgłosów poza trzaskiem łamanych gałązek i szelestem liści. A potem, kiedy drzewa zgęstniały tak, że nad głowami nie było już widać gwiazd, a różdżki Harry’ego i Gaby rzucały krąg bladego światła w oceanie ciemności, zobaczyli, że pająki schodzą ze ścieżki.
Harry zatrzymał się, żeby zobaczyć, dokąd pająki zmierzają, ale poza kręgiem światła roztaczała się nieprzenikniona ciemność. Poprzednim razem on i Gaby nie zawędrowali tak daleko. Pamiętał, że Hagrid ich ostrzegł, żeby nie zbaczali ze ścieżki. Ale teraz Hagrid był setki, a może tysiące mil stąd, najprawdopodobniej w jednej z cel Azkabanu, a przed odejściem wyraźnie im powiedział, żeby poszli z pająkami.
Coś mokrego dotknęło jego dłoni, i odskoczył, miażdżąc Ronowi stopę, ale był to tylko nos Kła.
- Co robimy? – zapytał szeptem Gabrielle i Rona, widząc tylko ich oczy, w których odbijały się światełka różdżek.
- Zaszliśmy tak daleko… – odpowiedziała Gaby.
- Mhym… – dodał Ron.
Weszli więc między drzewa za szybko poruszającymi się cieniami pająków. Teraz musieli zwolnić kroku, bo drogę zagradzały im korzenie drzew i spróchniałe pniaki, ledwo widoczne w ciemności. Harry czuł oddech Kła na swojej dłoni. Co jakiś czas przystawali, a Harry pochylał się, by odnaleźć pająki w bladym świetle różdżek.
Przedzierali się tak przez las z pół godziny, strzępiąc szaty na nisko zwieszających się gałęziach i sękach. Po chwili poczuli, że teren opada, choć drzewa nadal rosły tak samo gęsto, jak uprzednio.
Nagle Kieł zaszczekał głośno, tak że podskoczyli ze strachu, a szczekanie odbiło się dalekim echem.
- Co jest? – szepnęła Gaby, rozglądając się i ściskając Harry’ego za łokieć.
- Tam się coś rusza. – odpowiedział Harry zduszonym głosem. – Posłuchajcie… Chyba coś dużego.
Nasłuchiwali. Gdzieś na prawo coś wielkiego łamało gałęzie, przedzierając się przez las.
- O niee. – jęknął Ron. – O nie, nie, nie…
- Zamknij się. – warknął Harry. – Usłyszy cię.
- Usłyszy mnie? – zapytał Ron nienaturalnie wysokim głosem. – Już usłyszało. Cicho, Kieł!
Ciemność zdawała się wciskać im gałki oczu do wnętrza czaszek, kiedy tak stali, zmartwiali z przerażenia. Coś dziwnie zadudniło i zrobiło się cicho.
- Jak myślicie, co ono teraz robi? – zapytała Gaby.
- Myślę, że przygotowuje się do skoku. – odpowiedział Harry.
Nasłuchiwali, nie śmiejąc się poruszyć.
- M-myślicie, że sobie poszło? – szepnął Ron.
- Nie wiem… – mruknął Harry.
A potem z prawej strony buchnęło białe światło, tak przeraźliwie jaskrawe w tej ciemności, że cała trójka zasłoniła oczy rękami. Kieł zaskomlał i rzucił się do ucieczki, ale uwiązł w jakimś kolczastym krzaku i skomlał jeszcze głośniej.
- Harry, Gaby! – krzyknął Ron, a głos załamał mu się nagłą ulgą. – Słuchajcie, to nasz samochód!
- Co?
- Chodźcie!
Oboje poszli z nim ku światłu, potykając się i przewracając, i w chwilę później wyszli z lasu na polanę.
Auto pana Weasleya stało pośrodku polanki, tak małej, że gęste gałęzie drzew tworzyły nad nim dach. Reflektory tryskały światłem, a w środku nie było nikogo, lecz nagle auto ruszyło samo ku Ronowi, jak wielki, turkusowy pies witający swojego pana.
- Było tutaj przez cały czas! – zawołał uradowany Ron, obchodząc samochód. – Popatrzcie. Zupełnie zdziczało w tym lesie…
Skrzydła bagażnika były podrapane i umazane błotem: najwidoczniej samochód sam próbował wydostać się z puszczy. Kieł nie był zachwycony nowym towarzystwem, trzymał się tuż przy Gabrielle i Harrym, a chłopak czuł, jak pies drży ze strachu. Harry powoli odzyskał oddech i schował różdżkę do kieszeni szaty. Po chwili Gaby zrobiła to samo.
- A myśmy się bali, że się na nas rzuci! – zawołał Ron, pochylając się nad maską i klepiąc ją pieszczotliwie. – Nieraz sobie myślałem, co się z nim stało!
Harry rozglądał się po jasno oświetlonej ziemi w poszukiwaniu pająków, ale wszystkie pouciekały przed blaskiem reflektorów.
- Chyba straciliśmy ślad. – powiedziała Gaby, tym samym uprzedzając Harry’ego. – Chodź, Ron, musimy je odnaleźć.
Ron milczał. Nie poruszał się. Oczy miał utkwione w jakiś punkt znajdujący się z dziesięć stóp nad ziemią, tuż za Harrym. Na jego twarz zastygł wyraz przerażenia.
Harry nie zdążył nawet się obrócić. Rozległ się dziwny klekot i nagle poczuł, że coś długiego i włochatego chwyta go za pas i unosi, tak że zawisł głową w dół. Zaczął się wyrywać i wierzgać, ogarnięty śmiertelnym strachem, znowu usłyszał złowieszcze klikanie i zobaczył, jak nogi Gabrielle, a potem także Rona odrywają się od ziemi. W następnej chwili coś pociągnęło ich w ciemność między drzewami. Kieł zaskomlał i zaszczekał rozpaczliwie.
Wisząc głową w dół, Harry spostrzegł, że to, co go wlokło w mroczny gąszcz, posuwało się na sześciu niezwykle długich, włochatych nogach, z których dwie przednie trzymały go mocno pod parą lśniących czarnych szczypców. Za sobą słyszał przedzierające się przez krzaki podobne stworzenia, niewątpliwie taszczące Gaby i Rona. Potwory kierowały się ku samemu sercu lasu. Harry słyszał Kła, który usiłował się uwolnić z uścisku czwartego potwora, warcząc i skamląc, ale sam nie był w stanie nawet pisnąć, bo wszystko wskazywało, że głos zostawił przy samochodzie na polance.
Nie miał pojęcia, jak długo znajdował się w uścisku włochatych odnóży. Wiedział tylko, że nagle ciemność nieco zbladła i że zasłane zeschłymi liśćmi podłoże lasu roi się od pająków. Wyciągając szyję to tu, to tam, zobaczył, że są na skraju olbrzymiej zapadliny wolnej od drzew. Wkrótce gwiazdy oświetliły najstraszniejszą scenę, jaką kiedykolwiek widział w życiu.
Pająki. Nie małe pajączki jak te, które mrowiły się po liściach. Pająki wielkości koni pociągowych, z ośmioma ślepiami, ośmioma nogami, czarne, włochate, gigantyczne. Ten, który go niósł, wlazł do jaru i pomknął w dół zbocza, ku połyskującej mglisto tulei utkanej z pajęczyny. Zewsząd zbiegały się inne potwory, klekocąc szczypcami na widok jego zdobyczy.
Pająk puścił go i Harry wylądował na czworakach. Ron i Kieł upadli koło niego. Gaby była nieco dalej, ale szybko do nich podpełzła.
Kieł już nie skamlał, skulił się tam, gdzie upadł. Gaby była blada jak kreda, a Ron wyglądał tak, jak Harry się czuł. Usta miał otwarte, jakby krzyczał, a oczy wyłaziły mu z orbit.
Harry zdał sobie nagle sprawę, że pająk, który go tu przyniósł, coś mówi. Trudno go było zrozumieć, bo po każdym słowie klekotał szczypcami.
- Aragog! – zawołał. – Aragog!
Z tulejowatej mglistej sieci wyłonił się powoli pająk wielkości młodego słonia. Włosy na tułowiu i nogach przyprószone miał siwizną, a oczy mlecznobiałe. Był ślepy.
- Co to jest? – zapytał, klikając szybko szczypcami.
- Ludzie. – odklekotał pająk, który przywlókł Harry’ego.
- Czy to Hagrid? – zapytał Aragog, zbliżając się i przewracając mlecznymi oczami.
- Obcy. – odklikał pająk, który przyniósł Gaby.
- Zabijcie ich. – powiedział Aragog, wyraźnie rozdrażniony. – Spałem…
- Jesteśmy przyjaciółmi Hagrida! – krzyknął Harry. Serce uwięzło mu w gardle i tłukło się tam, jakby chciało odzyskać wolność.
Klik, klik, klik, zaklekotały szczypce pająków zgromadzonych na dnie dziury.
- Hagrid nigdy nie przysyłał nam tu ludzi. – powiedział wolno Aragog.
- Hagrid ma kłopoty. – rzekła Gaby, z trudem łapiąc oddech. – Właśnie dlatego przyszliśmy.
- Kłopoty? – powtórzył sędziwy pająk i Harry dosłyszał troskę w klekocie jego szczypców. – Ale dlaczego przysłał was?
Harry pomyślał, że dobrze byłoby wstać, ale uznał, że lepiej nie próbować, bo nogi mogą odmówić mu posłuszeństwa. Przemówił więc z ziemi, tak spokojnie, jak potrafił:
- Tam, w szkole, myślą, że Hagrid wypuścił… e… e… coś na uczniów. Zabrali go do Azkabanu.
Aragog zaklikał wściekle szczypcami, co podchwyciły wszystkie pająki zgromadzone na dnie jamy; zabrzmiało to jak aplauz, tyle że aplauz zwykle nie sprawiał, że Harry’emu zrobiło się niedobrze ze strachu.
- Ale to było przed wieloma laty. – powiedział Aragog. – Wiele lat temu. Dobrze to pamiętam. Dlatego wyrzucili go ze szkoły. Myśleli, że to ja jestem potworem mieszkającym w lochu, który nazywają Komnatą Tajemnic. Myśleli, że Hagrid otworzył Komnatę i uwolnił mnie.
- A ty… ty nie wyszedłeś z Komnaty Tajemnic? – zapytał Harry, który czuł, jak pot ścieka mu powoli po czole.
- Ja?! – zaklikał ze złością Aragog. – Ja nie urodziłem się w zamku. Pochodzę z dalekiego kraju. Pewien podróżnik dał mnie Hagridowi, kiedy byłem jajkiem. Hagrid był wtedy jeszcze chłopcem, ale dbał o mnie, ukrył mnie w komórce w zamku, żywił resztkami ze stołu. Hagrid to mój dobry przyjaciel, to dobry człowiek. Kiedy dowiedziano się o moim istnieniu i oskarżono o zabicie tej dziewczynki, Hagrid mnie ocalił. Odtąd zamieszkałem tutaj, w lesie, a Hagrid wciąż mnie odwiedza. Znalazł mi nawet żonę, Mosag, i sam widzisz, jak rozrosła się nasza rodzina… Dzięki dobroci Hagrida…
Wtem Harry poczuł dotyk na ramieniu. Odwrócił się, ale na szczęście była to tylko Gaby. Przysunęła się ona do chłopaka i oparła o jego ramię. Przypuszczał on, że stało się tak za sprawą wielkiego pająka, który wpatrywał się w nią z głodem w czterech parach oczu. Westchnął i zebrał w sobie resztki odwagi.
- Więc nigdy… nigdy nikogo nie zaatakowałeś?
- Nigdy. Byłoby to zgodne z moim instynktem, ale z szacunku do Hagrida nigdy nie zrobiłem krzywdy człowiekowi. Ciało tej dziewczynki znaleziono w łazience, a ja nigdy nie opuściłem komórki, w której wyrosłem. My, pająki, lubimy ciemność i spokój…
- Ale… Wiesz, kto zabił tę dziewczynkę? – zapytał Harry. – Bo cokolwiek to było, wróciło i znowu napada na ludzi…
Jego słowa utonęły w złowrogim klekocie mnóstwa nóg. Harry’ego i Gabrielle otoczyły podniecone czarne kształty.
- To jest coś, co mieszka w zamku. – rzekł Aragog. – Prastara istota, której my, pająki, boimy się najbardziej. Dobrze pamiętam, jak błagałem Hagrida, żeby pozwolił mi odejść, kiedy wyczułem obecność tej bestii w szkole.
- Co to jest?
Znowu rozległo się podniecone klekotanie i chrzęst chitynowych odnóży; pająki zbliżały się do Harry’ego i Gaby coraz bardziej.
- My o tym nie mówimy! – krzyknął Aragog. – Nie nazywamy tego! Nawet Hagridowi nigdy nie wyjawiłem imienia tej strasznej istoty, choć prosił mnie o to wiele razy.
Harry nie chciał przeciągać struny, zwłaszcza wobec tłumu pająków otaczających ich ze wszystkich stron. Aragog sprawiał wrażenie, jakby go męczyła ta rozmowa. Wycofywał się powoli w głąb sieci, natomiast jego krewniacy wciąż przysuwali się do Harry’ego, Gaby i Rona.
- No to my już sobie pójdziemy! – zawołał Harry rozpaczliwie do Aragoga, słysząc za sobą szelest liści.
- Pójdziemy? – powtórzył powoli Aragog. – Nie sądzę…
- Ale… ale…
- Moi synowie i moje córki nigdy nie skrzywdzą Hagrida, bo taka jest moja wola. Nie mogę jednak zakazać im świeżego mięsa, kiedy samo włazi do naszej nory. Żegnajcie, przyjaciele Hagrida!
Harry i Gaby odwrócili się gwałtownie. Tuż przed nimi piętrzyła się zwarta ściana pająków, klekocących zawzięcie i błyskających ślepiami osadzonymi w obrzydliwych czarnych głowach…
Obydwoje sięgnęli po różdżki, ale Harry wiedział już, że to ich nie uratuje. Pająków było za dużo. Chłopak postanowił jednak powstać i umrzeć, walcząc. A kiedy tylko stanął plecami do Gaby, żeby łatwiej było im się bronić, rozległ się donośny warkot i jaskrawe światło omiotło skaj jamy.
Samochód pana Weasleya zjeżdżał na dno zapadliny, rycząc, dudniąc, wyjąc klaksonem i błyskając reflektorami, a przede wszystkim roztrącając pająki jak suche krzaki. Niektóre przewróciły się na grzbiety i leżały, wymachując długimi nogami w powietrzu. Samochód zatrzymał się przed Harrym, Gabrielle i Ronem. Drzwi otworzyły się z rozmachem.
- Ron, bierz Kła! – ryknął Harry, osłaniając Gaby, gdy ta wsiadała na tylne siedzenie. Potem chłopak szybko dał nurka na przednie siedzenie pasażera.
W tym czasie Ron złapał brytana wpół i wrzucił go, skamlącego na siedzenie obok Gaby. Drzwi zatrzasnęły się. Ron nawet nie dotknął pedału gazu, bo samochód wcale tego nie potrzebował: silnik zaryczał i ruszyli pod górę, roztrącając jeszcze więcej pająków. Wyjechali z zapadliny i wkrótce zaczęli się przedzierać przez gęsty las. Gałęzie łomotały w szyby, koła podskakiwały na korzeniach, kiedy samochód sprytnie omijał najgorsze wyrwy i najgrubsze pnie, posuwając się po szlaku, który najwidoczniej znał.
Harry zerknął z boku na Rona. Rudzielec wciąż miał otwarte usta, ale oczy nie wyłaziły mu już z orbit.
- Nic ci nie jest? – spytała Gaby, która starała się jakoś uspokoić Kła.
Ron wpatrywał się przed siebie, nie mogąc wykrztusić słowa.
Auto przedzierało się dzielnie przez poszycie, miażdżąc gałązki z głośnym trzaskiem. Kieł wył na tylnym siedzeniu, a Harry zobaczył, jak odpada boczne lusterko, kiedy o centymetry minęli gruby pień dębu. Po kilkunastu minutach hałaśliwej jazdy po dzikich wertepach i chaszczach las przerzedził się i znowu pojawiły się gwiazdy.
Stary Ford Anglia zatrzymał się tak raptownie, że mało brakowało, a wylecieliby przez przednią szybę. Znajdowali się na skraju lasu. Kieł rzucił się na okno, pragnąc za wszelką cenę uwolnić się z tego strasznego pudła, a kiedy Harry otworzył drzwi, wyskoczył i z podkulonym ogonem pomknął prosto do chatki Hagrida. Harry również wysiadł i pomógł w tym Gaby, podając jej rękę. Po jakieś minucie lub dwóch także Ron odzyskał czucie w nogach i wytoczył się na zewnątrz. Harry poklepał pieszczotliwie karoserię, a auto cofnęło się do lasu i znikło im z oczu.
Harry wrócił do chatki Hagrida po pelerynę-niewidkę. Kieł wlazł do swojego koszyka i schował się pod koc, wciąż dygocąc ze strachu. Kiedy Harry wyszedł, znalazł Gaby opierającą się o ścianę domku i Rona nękanego gwałtownymi mdłościami na grządce dyni.
- Idźcie za pająkami. – wybełkotał Ron, ocierając usta rękawem. – Nigdy tego Hagridowi nie przebaczę. Mamy szczęście, że jeszcze żyjemy.
- Na pewno pomyślał, że Aragog nie zrobi krzywdy jego przyjaciołom. – powiedział Harry.
- I to jest właśnie problem z tym Hagridem! – krzyknął Ron, bębniąc pięściami w ścianę chatki. – Zawsze mu się wydaje, że potwory nie są tak złe, jak wyglądają! O dokąd go to doprowadziło? Do celi w Azkabanie! – Teraz dygotał już na całym ciele. – I po co nas wysłał do teog lasu? Czego się tam dowiedzieliśmy?
- Że Hagrid nie otworzył Komnaty Tajemnic. – powiedziała Gaby, a Harry zarzucił na nich pelerynę i pociągnął go za rękę. – Jest niewinny.
Ron prychnął głośno. Trzymanie Aragoga w komórce najwyraźniej nie mieściło się w jego rozumieniu niewinności.
Zbliżali się do zamku i Harry obciągnął pelerynę, żeby nie wystawały im spod niej stopy, a potem pchnął skrzypiące dębowe drzwi. Przeszli ostrożnie przez salę wejściową i wspięli się po marmurowych schodach, wstrzymując oddech, kiedy mijali korytarze, po których spacerowali czuwający w nocy wartownicy. W końcu znaleźli się w bezpiecznym wspólnym pokoju Gryffindoru, gdzie w kominku wciąż żarzył się ogień. Zdjęli pelerynę i krętymi schodami wspięli się do swojego dormitorium.
Ron i Gaby padli na łóżka w ubraniach. Harry nie był jednak śpiący. Usiadł na skraju łóżka, rozmyślając nad tym, co powiedział mu Aragog.
W zamku nadal ukrywa się gdzieś potwór… potwór straszliwy jak sam Voldemort, skoro inne potwory nie chciały nawet wymówić jego imienia. Po tych wszystkich okropnych przygodach on, Gaby i Ron nie zbliżyli się wcale do odkrycia, co to za potwór, gdzie mieszka i w jaki sposób petryfikuje swoje ofiary. Nawet Hagrid nigdy się nie dowiedział, kto mieszka w Komnacie Tajemnic.
Harry wyciągnął się na łóżku i oparł na poduszkach, obserwując księżyc, patrzący na niego przez wąskie okno wieży.
Nie miał pojęcia, co jeszcze mogą zrobić. Riddle schwytał niewłaściwą osobę, dziedzic Slytherina przyczaił się i nikt nie wiedział, czy to on, czy ktoś inny otworzył Komnatę tym razem. Nie było już kogo zapytać. Harry leżał, wciąż rozmyślając nad tym, co powiedział Aragog.
Ogarniała go już senność, kiedy nagle zaświtało mu w głowie coś, co wydało mu się ich ostatnią nadzieją. Usiadł gwałtownie na łóżku.
- Ron! – syknął w ciemności. – Gaby!
Gaby usiadła na swym łóżku, ziewając, a Ron zaskomlał zupełnie jak Kieł. Obydwoje rozejrzeli się nieprzytomnie i zobaczyli Harry’ego.
- Słuchajcie… ta dziewczyna, która zginęła. Aragog powiedział, że znaleziono ją w łazience. – szeptał gorączkowo, nie zważając na niecierpliwe posapywanie Neville’a w kącie sypialni. – A jeśli ona nigdy nie opuściła łazienki? Może nadal tam jest?
- Ale chyba nie myślisz, że… – zaczął Ron, ale był w zbyt dużym szoku, by dokończyć, ale Gabrielle go wyręczyła.
- …że to Jęcząca Marta?
Harry potaknął, a na widok uśmiechu Gaby, aż sam się uśmiechnął.

    ~*~

Oto jestem! Wczoraj wieczorem wróciłam do domu z nowymi pomysłami na fabułę, które być może już niedługo poznacie :) Tymczasem, do napisania za tydzień! :D

Rozdział pięćdziesiąty czwarty

Hagrid w Azkabanie, Dumbledore usunięty i Snape na dyrektora
Wędrówka przez ciemne i opustoszałe korytarze nie była przyjemna. Gaby, która już nieraz włóczyła się nocą po zamku, jeszcze nigdy nie widziała takich tłumów po zachodzie słońca. Nauczyciele, prefekci i duchy krążyli parami po korytarzach, wypatrując czegokolwiek niezwykłego. Pod peleryną-niewidką nikt nie mógł ich zobaczyć, ale wciąż mógł usłyszeć; szczególnie niebezpieczny był moment, kiedy Ron potknął się o kilka metrów od stojącego na straży Snape’a. Na szczęście Snape kichnął prawie w tej samej chwili, kiedy Ron zaklął. Poczuli ulgę, kiedy dotarli do dębowych drzwi i otworzyli je, by wyjść z zamku.
Była jasna, gwiaździsta noc. Pobiegli ku oświetlonym oknom domku Hagrida i ściągnęli pelerynę dopiero tuż przed jego drzwiami.
Zastukali, a Hagrid natychmiast otworzył. Stał na progu z wycelowaną w nich kuszą i brytanem Kłem ujadającym głośno za jego plecami.
- Och. – wysapał, opuszczając kuszę i wytrzeszczając na nich oczy. – Co wy tu robicie?
- A to na kogo? – zapytała Gaby, wskazując na kuszę, kiedy Hagrid wpuścił ich do środka.
- Eee… to nic… nic… – mruknął Hagrid. – Czekałem… Nieważne… Siadajcie… zrobię herbatki…
Zachowywał się trochę nieprzytomnie. Prawie zgasił ogień, wylewając nań wodę z wiadra, a potem rozbił dzbanek do herbaty nerwowym ruchem twardej dłoni.
- Hagridzie, nic ci nie jest? – zapytał Harry. – Słyszałeś o Hermionie?
- Taaak… s-słyszałem… – odrzekł Hagrid, jąkając się lekko.
Wciąż zerkał niespokojnie w okna. Podał im po wielkim kubku wrzątku (zapomniał włożyć torebki z herbatą) i właśnie nakładał na talerz kawał placka z owocami, kiedy rozległo się głośne pukanie do drzwi.
Hagrid upuścił placek. Gaby, Harry i Ron wymienili przerażone spojrzenia, narzucili na siebie pelerynę-niewidkę i schowali się w kącie. Hagrid sprawdził, czy ich nie widać, chwycił kuszę i jeszcze raz otworzył drzwi.
- Dobry wieczór, Hagridzie.
Był to Dumbledore. Wszedł ze śmiertelnie poważną miną, a za nim wkroczył ktoś jeszcze. Był to bardzo dziwny mężczyzna, niski, korpulentny, z rozczochranymi siwymi włosami i przerażonymi oczami. Ubrany był równie dziwacznie: miał na sobie garnitur w prążki, szkarłatny krawat, długi czarny płaszcz i spiczaste purpurowe buty. Pod pachą trzymał cytrynowozielony melonik.
- To jest szef taty! – szepnął zdumiony Ron, a Gaby patrzyła na czarodzieja, już wiedząc, kim on jest. – Korneliusz Knot, minister magii!
Harry szturchnął rudowłosego łokciem, żeby siedział cicho.
Hagrid pobladł i oblał się potem. Opadł na jedno z krzeseł i spoglądał to na Dumbledore’a, to na Korneliusza Knota.
- Jest niedobrze, Hagridzie. – powiedział Knot. – Bardzo niedobrze. Musiałem przyjść. Cztery napaści na urodzonych z Mugoli. Sprawy zaszły za daleko. Ministerstwo musi coś z tym zrobić.
- Ja nigdy… – zaczął Hagrid, patrząc błagalnie na Dumbledore’a. – Pan mnie zna, panie psorze… pan wie, że ja nigdy…
- Chcę, żeby to było jasne, Korneliuszu, Hagrid cieszy się moim pełnym zaufaniem. – rzekł Dumbledore, spoglądając surowo na Knota.
- Posłuchaj, Albusie, akta Hagrida świadczą przeciwko niemu. Ministerstwo musi coś zrobić… Rada nadzorcza nalega…
- Powtarzam ci jednak, Korneliuszu, że usunięcie Hagrida w niczym nie pomoże. – oświadczył stanowczo Dumbledore, a jego niebieskie oczy zapłonęły gniewem, jakiego Gaby jeszcze nigdy nie widziała.
- Spójrz na to z mojego punktu widzenia, Albusie. – rzekł Knot, nerwowo mnąc swój melonik. – Jestem pod dużym naciskiem. Oczekuje się, że coś z tym zrobię. Jeśli się okaże, że to nie Hagrid, wróci do szkoły i po sprawie. Ale teraz muszę go zabrać. Muszę. To po prostu mój obowiązek…
- Zabrać mnie? – wybuchnął Hagrid, trzęsąc się jak osika na wietrze. – Dokąd?
- Nie na długo. – powiedział Knot, nie patrząc mu w oczy. – To nie jest kara, Hagridzie, to tylko środek ostrożności. Jeśli schwytają kogoś innego, wypuścimy cię i przeprosimy…
- Ale… nie do Azkabanu? – zachrypiał Hagrid.
Zanim Knot zdążył mu odpowiedzieć, znowu rozległo się głośne pukanie do drzwi.
Dumbledore wstał, by otworzyć. Tym razem Harry dostał łokciem w żebra, bo wydał z siebie zduszony okrzyk.
Do chatki Hagrida wkroczył Lucjusz Malfoy, spowity w długi płaszcz podróżny, z zimnym i zadowolonym uśmiechem na twarzy. Kieł zaczął warczeć.
- Knot, ty też tutaj? – powiedział na powitanie. – Dobrze, bardzo dobrze…
- Czego tu chcesz? – ryknął ze złością Hagrid. – Wynocha z mojego domu!
- Mój poczciwy człowieku, wierz mi, przebywanie w twoim… ee… jak mówisz… domu… nie sprawia mi najmniejszej przyjemności. – powiedział Lucjusz Malfoy, rozglądając się po izbie z pogardą. – Po prostu powiedziano mi w szkole, że dyrektor jest tutaj.
- A czego właściwie ode mnie chcesz, Lucjuszu? – zapytał Dumbledore uprzejmym tonem, ale w jego oczach wciąż płonął ogień.
- To okropne, Dumbledore – wycedził pan Malfoy, wyciągając długi zwój pergaminu. – ale rada nadzorcza uznała, że najwyższy czas, aby cię zawiesić w wykonywaniu obowiązków dyrektora. Oto uchwała w tej sprawie… Znajdziesz pod nią wszystkie dwanaście podpisów. Obawiamy się, że straciłeś kontrolę nad tym, co tu się dzieje. Do ilu napaści już doszło? A dzisiaj rano dwie kolejne, prawda? Jak tak dalej pójdzie, w Hogwarcie nie zostanie ani jedna osoba mugolskiego pochodzenia, a wszyscy wiemy, jaka by to była straszna strata dla szkoły.
- Och… Lucjuszu… poczekaj… zaraz… – wyjąkał Knot, wyraźnie zaniepokojony. – Dumbledore zawieszony… nie, nie… tego by nam tylko brakowało…
- Mianowanie… odwołanie… albo zawieszenie… dyrektora szkoły należy do uprawnień rady nadzorczej, Knot. – powiedział pan Malfoy spokojnie. – A ponieważ Dumbledore’owi nie udało się powstrzymać tych ataków…
- Ależ, Lucjuszu, jeśli Dumbledore nie jest w stanie ich powstrzymać – powiedział Knot, a szczęka pokryła mu się kroplami potu. – to kto tego dokona?
- Nad tym się zastanowimy. – odpowiedział pan Malfoy z obleśnym uśmiechem. – Skoro jednak dwanaście głosów padło za…
Hagrid zerwał się na nogi. Jego kudłata czarna czupryna zamiotła sufit.
- A ilu z nich zaszantażowałeś albo im zagroziłeś, zanim się zgodzili, co? – ryknął.
- No, no, no… Hagridzie, wiesz, co ci powiem? Podobne zachowanie może ci w najbliższej przyszłości przysporzyć poważnych kłopotów. W każdym razie nie radziłbym ci tak wrzeszczeć na strażników Azkabanu. Im na pewno to się nie spodoba.
- Nie możecie zabrać Dumbledore’a! – krzyknął Hagrid takim głosem, że Kieł schował się do koszyka, skamląc cicho. – Jak go zabierzecie, urodzeni wśród Mugoli nie będą tutaj mieli najmniejszej szansy! Dojdzie do nowych mordów!
- Uspokój się, Hagridzie. – powiedział Dumbledore ostrym tonem, patrząc na Lucjusza Malfoya. – Jeśli rada nadzorcza pragnie, bym się usunął, Lucjuszu, to oczywiście odejdę.
- Ale… – wyjąkał Knot.
- NIE! – ryknął Hagrid.
Dumbledore nie spuszczał swoich jasnych, niebieskich oczu z zimnych, szarych oczu Lucjusza Malfoya.
- Jednak przekonacie się – powiedział Dumbledore bardzo powoli i bardzo wyraźnie, żeby dotarło do nich każde jego słowo. – że naprawdę opuszczę szkołę tylko wtedy, kiedy już nikt w całym Hogwarcie nie pozostanie mi wierny. Przekonacie się również, że ci, którzy o pomoc poproszą, zawsze ją otrzymają.
- Godny podziwu sentyment. – powiedział Malfoy, chyląc głowę. – Będzie nam brakować twoich… ee… wyjątkowo oryginalnych metod kierowania szkołą, Albusie, i mam tylko nadzieję, że twojemu następcy uda się zapobiec nowym… ee… mordom.
Podszedł do drzwi, otworzył je i skłonił się, wypraszając Dumbledore’a na zewnątrz. Knot, mnąc swój melonik, czekał, aż Hagrid wyjdzie przed nim, ale olbrzym nie ruszał się z miejsca. Po chwili wziął głęboki oddech i oświadczył:
- Jakby ktoś chciał znaleźć trochę tego paskudztwa, powinien iść za pająkami. One już go zaprowadzą! No i tyle.
Knot spojrzał na niego ze zdumieniem.
- Dobra, dobra, już idę. – powiedział Hagrid, narzucając swoją pelerynę z krecich futerek. Kiedy był już przy drzwiach, zatrzymał się i dodał głośno:
- Ktoś musi karmić Kła, jak mnie nie będzie.
Drzwi trzasnęły i Ron ściągnął pelerynę-niewidkę.
- Teraz naprawdę wpadliśmy. – powiedział ochrypłym głosem. – Nie ma Dumbledore’a. Już lepiej, gdyby zamknęli szkołę dziś wieczorem. Mówię wam, nie minie dzień bez niego, a dojdzie do kolejnej napaści.
Kieł zaczął wyć, wpatrzony w zamknięte drzwi.
*
Na otaczające zamek łąki wpełzało lato: niebo i jezioro przybrało kolor kwiatów barwinka, a w cieplarniach wystrzeliły wielkie jak kapusty kwiaty. Bez Hagrida, krążącego po łąkach z Kłem przy nodze, zielona sceneria, na którą patrzyła Gaby z okien zamku, wydawała jej się jednak dziwnie nieprzyjemna i niepełna. Nie lepiej było zresztą i wewnątrz zamku, gdzie coraz trudniej było wytrzymać.
Gaby, Harry i Ron spróbowali odwiedzić Hermionę, ale teraz wszelkie odwiedziny w skrzydle szpitalnym zostały zakazane.
- Nie chcemy ryzykować. – powiedziała pani Pomfrey przez szparę w szpitalnych drzwiach. – Nie, bardzo mi przykro, ale istnieje możliwość, że napastnik wróci, żeby wykończyć tych biedaków…
Po odejściu Dumbledore’a lęk ogarnął wszystkich. Gotyckie podwójne okna zamku zdawały się nie przepuszczać słońca ogrzewającego mury. Trudno było napotkać niezasępioną twarz, a przypadkowy śmiech na korytarzu brzmiał nienaturalnie i natychmiast cichł, zduszony zalegającą wszędzie ponurością.
Gaby wciąż powtarzała sobie w duchu ostatnie słowa Dumbledore’a. „Naprawdę opuszczę szkołę tylko wtedy, kiedy już nikt w całym Hogwarcie nie pozostanie mi wierny… Ci, którzy o pomoc poproszą, zawsze ją otrzymują.” Co z tego wynika? Kto ma poprosić o pomoc, skoro wszyscy są tak przerażeni i rozbici?
O wiele łatwiej było zrozumieć uwagę Hagrida o pająkach, tyle że teraz nigdzie nie było widać ani śladu tych pożytecznych stworzeń. Gaby i Harry rozglądali się za nimi uważnie wszędzie, gdzie szli, wspomagani (raczej niechętnie) przez Rona. Oczywiście, trudniej im było szukać, bo nie mogli chodzić po zamku samotnie, tylko w dużej grupie wszystkich Gryfonów. Większość ich kolegów wydawała się zadowolona z tego, że nauczyciele prowadzili ich od klasy do klasy, ale Gabrielle strasznie to denerwowało.
Był jednak ktoś, kto wyraźnie cieszył się z gęstej atmosfery podejrzeń i lęków. Draco Malfoy chodził po szkole dumny jak paw, jakby go właśnie mianowano naczelnym prefektem. Gaby nie zdawała sobie z tego sprawy, co go tak cieszy, aż do pewnej lekcji eliksirów, jakieś dwa tygodnie po odejściu Dumbledore’a i Hagrida, kiedy siedząc tuż za Malfoyem usłyszała, jak dosyć głośno chwali się przed Crabbe’em i Goyle’em. Później miała wrażenie, że Ślizgon specjalnie tak mówił, żeby dziewczyna pochwyciła słowa i (chyba miał taką nadzieję) rzuciła mu się na szyję z tekstem: „Uał, Draco, jesteś taki władczy!” Jednak (ku najwyraźniejszym jego rozczarowaniu) nic takiego się nie wydarzyło.
- Zawsze uważałem, że tylko mój ojciec może wykurzyć starego Dumbledore’a. – powiedział, z ukosa zerkając na Gaby, która była pochłonięta robieniem notatek z lekcji. – Mówiłem wam, że uważa Dumbledore’a za najgorszego dyrektora, jakiego szkoła kiedykolwiek miała. Może teraz dostaniemy wreszcie kogoś z klasą. Kogoś, kto dopilnuje, żeby nie zamknięto Komnaty Tajemnic. McGonagall też już długo nie pociągnie, zresztą tylko odwala papierkową robotę…
Gaby miała ochotę przyłożyć Malfoyowi, za to, że wygaduje takie bzdury. Nie mogła jednak tego zrobić, bo właśnie obok niej przechodził Snape, powstrzymując się od uwagi na temat pustego miejsca i kociołka Hermiony, która siedziała z Gabrielle. Z braku laku zacisnęła mocniej prawą dłoń na piórze, czego skutkiem było to, że pokryło się ono szronem. Gaby przyjrzała się piórze uważniej, bo nie wiedziała za bardzo, co się właściwie stało. Czy to możliwe, żeby jeszcze nie opanowała na tyle swych umiejętności magicznych, że czasem wymykają jej się spod kontroli?
- Panie profesorze. – powiedział głośno Malfoy, odwracając uwagę dziewczyny od zaszronionego pióra. – Panie profesorze, dlaczego pan nie kandyduje na stanowisko dyrektora?
- No, no, Malfoy. – odrzekł Snape, ale nie mógł powstrzymać się od bladego uśmiechu. – Profesor Dumbledore został jedynie zawieszony przez radę nadzorczą. Mam nadzieję, że wkrótce do nas wróci.
- Taaak, na pewno. – powiedział Malfoy, chichocąc, a w Gaby znów wezbrał się gniew. – Ale gdyby pan kandydował, to według mnie mógłby pan liczyć na głos mojego ojca. Powiem ojcu, że pan jest najlepszym nauczycielem, panie profesorze…
Snape również zachichotał, co w jego wykonaniu wyglądało i brzmiało naprawdę dziwnie. Na szczęście nie zauważył on Seamusa Finnigana, który udawał, że wymiotuje do kociołka. Gdy Glacius to ujrzała, uśmiechnęła się delikatnie.
- Dziwię się, że szlamy nie spakowały już swoich kufrów. – ciągnął Malfoy z szyderczym uśmiechem na tyle głośno, by mogli to usłyszeć Harry i Ron, którzy siedzieli za Gabrielle. – Założę się o pięć galeonów, że wkrótce ktoś wykorkuje. Szkoda, że nie Granger…
Rozległ się dzwonek, co było szczęśliwym zbiegiem okoliczności, bo po ostatnich słowach Malfoya Ron zerwał się z taboretu, więc w ogólnym rozgardiaszu jego próba rzucenia się na Ślizgona została niezauważona.
- Puśćcie mnie, muszę mu dołożyć. – warczał, kiedy Harry i Dean, uwiesili się na jego ramionach. – Mam wszystko gdzieś, nie potrzebuję różdżki, zabiję go gołymi rękami…
- Uspokój się, Ron. – powiedziała Gaby, idąc koło chłopców. – Uwierz mi, też mam na to ochotę, ale to nie najlepszy pomysł. Przyłożysz mu, Gryffindor straci punkty, dostaniesz szlaban, a to i tak nic nie da. Teraz nic nie jest w stanie popsuć mu humoru.
Ron kiwnął ze zrozumieniem i trochę się uspokoił, jednak Dean i Harry nie zamierzali go puszczać.
- Pospieszcie się, zaraz was zaprowadzę na zielarstwo. – pokrzykiwał Snape nad głowami uczniów.
Wyszli długim rzędem (Ron nazywał ten szyk „krokodylim”) z Gabrielle, Harrym, Ronem i Deanem w ogonie. Mimo że Ron wyglądał już na całkiem spokojnego, jego czerwone od gniewu mówiły zupełnie co innego. Chłopcy puścili go dopiero wtedy, gdy Snape wyprowadził ich z zamku i szli ścieżką wiodącą między grządkami warzyw w kierunku cieplarni.
Na zielarstwie wydarzenia ostatnich miesięcy najbardziej dawały o sobie znać: brakowało Justyna i Hermiony.
Profesor Sprout kazała im przycinać abisyńskie figi. W pewnym momencie Gaby i Harry podeszli z naręczami łodyg do kupy kompostu i spotkali przy niej Erniego Macmillana. Ernie wziął głęboki oddech i powiedział bardzo formalnym tonem:
- Chcę wam tylko powiedzieć, że bardzo mi przykro, że podejrzewałem was. Wiem, że nigdy byście nie napadli na Hermionę Granger i przepraszam za wszystkie świństwa, jakie o was powiedziałem. Jedziemy teraz na jednym wózku, więc…
Wyciągnął pulchną dłoń i Gaby, a potem także Harry uścisnęli ją.
Ernie i jego przyjaciółka Hanna znaleźli się przy tej samej fidze, co Harry i Ron.
- Ten Draco Malfoy to niezłe ziółko. – powiedział Ernie, odłamując martwe gałązki. – Zdaje się, że to wszystko bardzo go rajcuje, prawda? Wiecie co, według mnie to on jest dziedzicem Slytherina.
- Ale z ciebie mądrala. – mruknął Ron, który nie zaakceptował Erniego tak szybko, jak Gaby i Harry.
- A wy, Gabrielle, Harry, myślicie, że to może być on? – zapytał Puchon.
- Nie. – odpowiedział Harry tak stanowczo, że Ernie i Hanna wlepili w niego oczy.
- Uważamy, że Malfoy jest na to zbyt głupi. – dodała szybko Gaby.
Ernie i Hanna uśmiechnęli się i pokiwali ze zrozumieniem głowami, a Gaby cicho odetchnęła.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Chwilę później Harry zobaczył coś, co sprawiło, że uderzył Rona sekatorem w rękę, a Gabrielle szturchnął łokciem.
- Auuu! – wrzasnął Ron. – Co ty…
Harry wskazał na ziemię, kilka stóp od nich. Gaby ze zdumieniem dostrzegła, że maszerowało po niej kilkanaście wielkich pająków.
- Ach, taaak. – powiedział Ron, daremnie starając się zrobić ucieszoną minę. – Ale teraz nie możemy za nimi iść…
Ernie i Hanna słuchali tego z najwyższym zainteresowaniem.
Gaby patrzyła, jak pająki oddalają się coraz bardziej.
- Wygląda na to, że zmierzają do Zakazanego Lasu…
Ron zrobił jeszcze bardziej nieszczęśliwą minę.
Po zielarstwie profesor Snape odprowadził ich na obronę przed czarną magią. Gaby, Harry i Ron zostali w tyle, żeby spokojnie porozmawiać.
- Będziemy musieli znowu użyć peleryny-niewidki. – powiedział Harry. – Możemy zabrać ze sobą Kła. Zawsze chodził po lesie z Hagridem, może okazać się pomocny.
- Dobra. – odpowiedział Ron, wyczyniając jakieś dziwne rzeczy ze swoją różdżką. A kiedy zajęli swoje zwykłe miejsca w klasie Lockharta, dodał: – E… czy tam… no… czy w tym lesie nie ma wilkołaków?
Wyglądało na to, że Harry wolał pominąć to pytanie. Gaby także miała na to ochotę, więc powiedziała:
- Niektóre leśne stworzenia są zupełnie w porządku. Na przykład centaury… jednorożce…
- Poza tym Dumbledore na pewno nie dopuściłby, to tego by wilkołaki wałęsały się po lesie i błoniach. – dodała, choć sama nie do końca w to wierzyła.
Ron jeszcze nigdy nie był w Zakazanym Lesie. Gaby i Harry byli tam tylko raz i wówczas mieli głęboką nadzieję, że już do niego nie wrócą.
Wkroczył Lockhart i wszystkie oczy zwróciły się na niego. Wszyscy inni nauczyciele mieli miny bardziej ponure niż zwykle, ale on wydawał się nie tracić pogody ducha.
- No, co jest, młodzieży? – zawołał, szczerząc zęby. – Co to za ponure miny.
- Co za idiota, jak może się o to pytać, kiedy po szkole grasuje jakiś potwór! – syknęła ze złością Gabrielle.
Reszta uczniów spojrzała po sobie ze złością, ale milczeli.
- Co, jeszcze do was nie dotarło – powiedział bardzo powoli, jakby miał do czynienia z gromadą półgłówków. – że niebezpieczeństwo już minęło? Głównego winowajcy już tu nie ma!
- To znaczy kogo? – zapytał głośno Dean Thomas.
- Drogi młodzieńcze, minister magii nie zabrałby stąd Hagrida, gdyby nie był na sto procent pewny, że to on. – odpowiedział Lockhart takim tonem, jakby wyjaśniał Deanowi, że jeden plus jeden to dwa.
- Wcale nie był pewny. – powiedział Ron, jeszcze głośniej niż Dean.
- Pochlebiam sobie, że wiem troszkę więcej o aresztowaniu Hagrida niż pan, panie Weasley. – rzekł Lockhart, wyraźnie zachwycony sobą.
Ron już zaczynał odpowiadać, że jest akurat odwrotnie, ale urwał, kiedy Gaby kopnęła go z całej siły pod ławką.
- Auuu! – syknął z bólu Ron. – Za co?!
- Nie było nas tam, zapomniałeś? – warknął półgębkiem Harry.
Ale obrzydliwa wesołkowatość Lockharta i jego aluzje, że od dawna wiedział, kto jest winowajcą, jego zarozumiała pewność, że wszystko się skończyło, rozwścieczyła Gabrielle tak, że sama powstrzymywała się z trudem, by nie cisnąć Włóczęg z ghulami prosto w głupkowatą twarz Lockharta. Po chwili jednak dostała od Harry’ego karteczkę, która oderwała ją od tych myśli i sprawiła, że przez resztę lekcji na jej twarzy gościł złowieszczy uśmieszek. Niby tylko cztery słowa, a dziewczyna się uspokoiła i zrelaksowała:
Zrobimy to dziś wieczorem.

                                                       ~*~

Jak widzicie, rozdział pojawił się dzień wcześniej, niż powinien. Stało się tak, ponieważ jadę na tydzień i nie zabieram ze sobą komputera ;/ W związku z tym, kolejny rozdział może pojawić się w następną niedzielę ;)

No, to by było na tyle xd Trzymajcie się! :)